Friday, May 11, 2018

Kfiatki w tlumoczeniach

Dwa dni temu skontaktowal sie ze mna gosc, ktory pracuje w malej, ale preznej, firmie kosmetycznej tutaj w Japonii. Nazwy nie bede podawac, bo nie chce nikomu narobic klopotow. Poznalam i jego, i jego zone przy okazji targow kosmetycznych pare lat temu. Wymienilismy sie wizytowkami. Od czasu do czasu dostaje maile od jego zony, bo czyta mojego bloga po angielsku.

Facet przepraszal i przepraszal, jak to Japonczyk, przez chyba 10 minut, i w koncu wyjasnil co sie stalo.

Ano, bylam jedyna osoba, ktora przyszla mu na mysl o tak poznej godzinie, bo byla to pora raczej juz na spanie niz na dzwonienie do obcych ludzi. Potrzebowal naglej pomocy jezykowej od kogos, kto mowi po polsku i po angielsku. Sytuacja byla nagla i nie mogla czekac do rana.

Otoz firma ta nawiazala wspolprace z pewna polska firma kosmetyczna. Owa polska firma byla zainteresowana wkroczeniem na niszowy rynek kosmetyczny w Japonii. Firma japonska wstepnie wyrazila chec dystrybucji i reprezentacji w Japonii.

Sluchalam tej historii, i dumna bylam, ze polskie firmy kosmetyczne (slyszalam o tej marce wczesniej, ale jej produkty nie sa mi znane) tak dzielnie pracuja aby w koncu wkroczyc na swiatowe rynki.

Niestety, dlugo moja duma nie trwala.

Otoz, facet mowi tak:
Przyslali nam materialy odnosnie produktow przetlumaczone na angielski. Nie znam angielskiego na tyle, ze byc w 100% pewny, ale wydaje mi sie, ze te tlumaczenia sa jakies dziwne. Potrzebujemy je na jutro rano... 

Dluga chwila ciszy i juz wiem o co chodzi.
Dlatego, bardzo, z unizeniem, pokornie prosimy, przepraszajac, ale czy jest mozliwosc, jesli bylabys w stanie, najmocniej nam przykro, ze prosimy tak nagle i tak pozno, spojrzec na te tlumaczenia angielskie i polskie oryginaly.
Kontaktowalismy sie juz z polska firma, i mowia nam, ze ich tlumaczenia sa bez zarzutu, ze zostaly wykonane przez tlumacza z wieloletnim doswiadczeniem w branzy medyczno-kosmetycznej.

Dostalam mailem PDFy po polsku, angielsku i japonsku i zaczelam czytac.
Wersja polska byla nudna jak flaki z olejem. Czytalam to z maska w plachcie na twarzy siedzac w wannie. Cud, ze nie usnelam i sie nie utopilam.

Wzielam sie w koncu za wersje angielska. Od razu bylo widac, ze tlumaczenie bylo zrobione przez Polaka i ze nikt potem calosci nie redagowal. Ale w sumie czytalo sie dobrze i bylo sensowne.

Az dotarlam do rozdzialu o poszczegolnych skladnikach. INCI, czyli International Nomenclature of Cosmetic Ingredients, czyli międzynarodowe nazewnictwo składników kosmetyków, bylo tlumaczowi zupelnie nieznane.

Ja ekspertka nie jestem. Skladami rzadko sie przejmuje. Ale lubie, kiedy przetlumaczone sa bez bledow. Jesli chodzi o tlumaczenia z japonskiego, to ufam tylko dwom osobom: Ratzilli i sobie samej.
Na blogach ekspertek i fanek pielegnacji azjatyckiej widzialam takie cuda, i tyle razy, ze szkoda mi czasu. Jesli autorka nie podaje zdjecia skladu z opakowania, to po prostu jej nie wierze. Szczegolnie jesli sama przyznaje sie do nieznajomosci jezyka.

Ale tutaj byl tekst profesjonalnego tlumacza. Z wieloletnim doswiadczeniem w branzy medyczno-kosmetycznej.

Tlumacz ten przetlumaczyl "olej rycynowy" jako "ricin".
Czyli z pospolitego skladnika znanego po angielsku jako "castor oil" nagle zrobila nam sie silna trucizna i potencjalna bron biologiczna.



Olej rycynowy (castor oil, nie jest szkodliwy) i rycyna (ricin, substancja silnie toksyczna, zabije cie w kilka minut) pochodza z tego samego zrodla - nasion rącznika pospolitego. Ale profesjonalista z wieloletnim doswiadczeniem powinien wiedziec, ze to dwie rozne substancje.



Tlumacz ten przetlumaczyl "olejek eteryczny" jako "ester oil".

Czyli z substancji roslinnej, po angielsku "essential oil" nagle zrobil nam "olej syntetyczny" (do uzycia w samochodach i przemysle). Wstyd straszny, bo nawet wujek google podaje, ze "olejek eteryczny" to nic innego jak "essential oil".
O ile "ester" moze byc substancja zapachowa (miedzy innymi), to pierwszym odnosnikiem w googlu do "ester oil" jest strona Mobil (po angielsku) i Castrol (po polsku).
Dlaczego wiec profesjonalny tlumacz tego nie wiedzial? Nie mam pojecia.



Nie bede sie wdawac w analizy olejow estrowych, bo nie bylo o nich ani slowa w polskim oryginale. Pojawily sie dopiero w angielskim tlumaczeniu, w miejscu gdzie powinny byc olejki eteryczne.

Byly tez inne, mniejsze bledy, ale rycyna i olej silnikowy najbardziej rzucily mi sie w oczy.

Nic dziwnego, ze pan z japonskiej firmy mial obawy odnosnie jakosci tego tekstu.

Pan Japonczyk zaczal dzwonic do Polski. Firma polska stanela przy swoim, twierdzac, ze tlumaczenia sa dobre, bo robione przez profesjonaliste. Ale wymknelo im sie nazwisko owego profesjonalisty. A raczej, profesjonalistki, bo okazala sie byc kobieta.

Wygooglowalam ja. Oprocz tlumaczen, jest lektorka jezyka angielskiego na jednym z lepszych uniwersytetow w Polsce.

Jesli wiec pani magister filolog z wieloletnim doswiadczeniem nie daje sobie rady z tlumaczeniami skladnikow kosmetycznych, jak ma radzic sobie blogerka, ktora nawet nie potrafi przeczytac jezyka z ktorego tlumaczy sklad produktu?



Jest to jeden z powodow dla ktorego dalam sobie spokoj z wiekszoscia koreanskich kosmetykow. Nie wiem co w nich jest. Potrafie przeczytac, ale w wielu wypadkach nie bardzo rozumiem co czytam. Jesli na opakowaniu nie ma oficjalnego skladu po angielsku, to nie kupuje.

Skladniki kosmetyczne to specyficzna nisza jezykowa. Zalozylabym nawet ze ponad 90% native speakerow nie ma pojecia co wiekszosc tych slow znaczy. Ja staram sie podawac dokladne sklady, bo choc mnie samej malo one interesuja, to jednak mam swoje alergie i sa pewne substancje, ktorych staram sie unikac. I nie, ethanol (alcohol) nie jest jedna z nich.

Ja skladow nie analizuje, bo nie jestem chemikiem kosmetycznym i nie znam sie. A "analizy" skladow przez blogerki, to juz temat na osobny wpis.

Wracajac do tlumaczen. Przykro mi, ze ta polska firma stracila szanse na wejscie na rynek japonski. Tak, stracila. Firma japonska zmienila zdanie i wspolpracy nie bedzie. I przyczyna tego nie byly kfiatki tlumoczeniowe, ale zachowanie i odpowiedzi firmy polskiej. Troche za chamskie jak na rynek japonski.





11 comments:

  1. Podczas czytania wraz z każdym zdaniem moje oczy robiły się coraz większe ze zdumienia. Przykre, że doszło do takiego zachowania i braku profesjonalizmu polskiej firmy.

    Wiele razy podnosiłam kwestię czytania składów bądź odnoszenia się do obietnic producenta, kiedy nie ma anglojęzycznego opisu - mam na myśli kosmetyki japońskie i koreańskie, zwłaszcza że nie znam języka, ani rynku kosmetycznego w Japonii czy choćby Korei. Czy nie lepiej dać link do zaufanego źródła bądź skorzystać z pomocy osoby, która posiada ku temu wiedzę?

    Z drugiej strony pojawiają się wpisy, "analizy" europejskich produktów i o ile przy składnikach aktywnych jest prosto przedstawić podstawowe informacje, to jak widzę przewidywania że składnik a lub b/c itd. to robi to, czy tamto okraszone skrótowym tłumaczeniem opisów anglojęzycznych, to też zaczynam wątpić. Coraz bardziej blogosfera, szczególnie polska zaczyna mnie zniechęcać do wielu spraw. Nie dość, że zamienia się w jeden wielki słup reklamowy i klepanie po pleckach w kółkach wzajemnej adoracji, to "świat zewnętrzny" postrzega blogerki przez pryzmat "wielozadaniowości" - testuj, polecaj bo to jest Twoja rola LOL

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hexxie, moje oczy robily sie coraz wieksze ze zdumienia jak sluchalam jego wyjasnien przez telefon. Na poczatku nie bardzo nawet do mnie dotarlo w czym byl problem, bo owijal to najdelikatniej jak tylko mogl. Szczesciem w nieszczesciu bylo to, ze bledy zostaly zlapane na etapie bardzo poczatkowym. Te dokumenty byly juz przetlumaczone (z wersji angielskiej) na japonski i mialy byc przedstawione w odpowiednich urzedach. Wiec udalo sie nam uniknac totalnej kompromitacji. Jesli firma polska znajdzie innego partnera i bedzie bardziej profesjonalna w zachowaniu, to ma jeszcze szanse wkroczenia na rynek japonski.

      I masz zupelna racje. Jesli taka sytuacja instnieje z polskiego na angielski, to latwo sobie wyobrazic jakie cuda mozna znalezc po angielsku jesli chodzi o kosmetyki japonskie i koreanskie. Dlatego jesli sama tego nie przeczytam w oryginale, to po prostu nie wierze. A jesli nie umiem przeczytac w oryginale, badz nie mam pewnosci co czytam (koreanski), to daje sobie spokoj.

      I nie mam zbyt wiele czasu w tej chwili, ale na powaznie rozmyslam nad kanalem jutubowym. Bo to co widze, to az strach sie bac. I mowie to jako osoba nie z branzy, ktora nie jest ekspertem.

      Delete
    2. Racja, całe szczęście że udało się zatrzymać ten proces na takim etapie. Wolę nie myśleć, co byłoby gdyby poszło to dalej. Kompromitacja, to delikatne określenie. Oby firma wyciągnęła wnioski i przygotowała się dużo lepszy sposób, bo mimo wszystko kibicuję polskim firmom i mamy wiele świetnych produktów, które warto puścić w świat. Tylko właśnie, kwestia podejścia, profesjonalizmu i obeznania z wszelkimi kruczkami, które wychodzą "po drodze".

      Jest jeszcze odwrotna sytuacja, zwłaszcza gdy anglojęzyczne opisy tłumaczone są na język polski - tutaj też nie brakuje "kfiatków", bo kończy się na tym że nie raz i nie dwa dany produkt nie tylko jest błędnie nazywany bądź określana jego funkcja, ale dość często używany w nie taki sposób jak należy i potem można spotkać się z opiniami, że to nie działa. Pamiętam też swojego czasu zamieszanie z kosmetykami rosyjskimi, to też dało do myślenia. A co dopiero, gdy jest to produkt japoński/koreański/chiński tłumaczony na angielski a potem na polski. Nie wierzę, że trakcie takiego ciągu nie dochodzi do pewnych skrótów/błędów itd. zwłaszcza, gdy w grę wchodzą dla nas naprawdę nowe i egzotyczne nazwy/produkty/składniki.

      Jeżeli zdecydujesz się na prowadzenie kanału, to będę Ci gorąco kibicować :))) Uświadomiłaś mi wiele rzeczy w kwestii kosmetycznej - japoński rynek i nie tylko, lepiej filtruję dane :D, szczególnie jeżeli chodzi o źródła. Odczarowałaś dużo aspektów i za to Ci bardzo dziękuję! :)

      Delete
  2. Jestem w szoku :O
    Z jednej strony szkoda mi polskiej firmy bo skoro dali "dobremu" tłumaczowi skład do przetłumaczenia to mogli być przekonani, że wszystko jest OK. Z drugiej nie wiem jak reagowali na odpowiedź ze strony japońskiej, że są błędy.
    Na Twoim miejscu podesłałabym Pani tłumacz link do bloga (na stronie uczelni pewnie jest mail) to może jak poczyta głupoty, które stworzyła to się podszkoli :D
    A odnośnie tłumaczenia składów to jeszcze te na blogach nie muszą być profesjonalne ale pojawia się bardzo dużo nowych sklepów z azjatyckimi kosmetykami i tam to dopiero się dzieje. INCI to jedynie podane składniki aktywne a jeśli się poprosi o cały skład to dostaje się maila zwrotnego też z tylko składnikami aktywnymi :D.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Nie tylko sklady, ale cale pijarowskie papiery, plus dokumentacje niezbedne do przedstawienia w Japonii, aby uzyskac pozwolenie na import.
      Oj nawet nie tylko w nowych sklepach. Peach & Lily (prowadzone przez Koreanke w USA, ale native speakerke koreanskiego) przez kilka lat mialo niesamowite bledy w skladach na ich stronie internetowej. Wiec moge sobie tylko wyobrazic jak to wyglada w Polsce.

      Delete
  3. Bardzo ciekawy wpis:) będę teraz do końca zycia myśleć co to za polska firma;)

    Z drugiej strony widac, że pani tłumaczka sama nie zwraca uwagi na składy swoich kosmetyków bo z nich można byłoby ściągnąć poprawne nazwy: castor oil to nawet ja wiem co to a angielski znam tylko z jutuba;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. Hahaha! More kiedys w przyszlosc powiem ;-)
      A wiesz, trudno winic pania tlumaczke, ze nie zwaraca uwagi na sklady swoim kosmetykow, poniewaz wiele blogerek urodowych tez nie. Pamietam swojego czasu jak jedna dziewczyna pisala, ze nie uzywa produktow pewnej marki, bo zawieraja parabeny. Czyli ewidentnie nie przeczytala skladow, bo parabenow w nich nie bylo. Albo inna dziewczyna, ktora opisywala pewne produkty i ich dzialanie. Problem w tym, ze w tych produktach nie bylo niczego o czym pisala. Ale to sa blogerki, wiec im wybaczam.

      Pani tlumacz z kolei kasuje pieniadze za swoja znajomosc jezyka (jesli nie kosmetykow), wiec powinna wiedziec lepiej.

      Delete
  4. Trochę szkoda tej polskiej firmy, ale najwidoczniej nie przygotowała się wystarczająco do współpracy z Japończykami, której zasady są odmienne od polskiej czy europejskiej. Jeśli firma wyciągnie z tej sytuacji odpowiednie wnioski, to może, może uda im się w przyszłości.

    Na blogerkach kosmetycznych zupełnie się nie znam, ale już na tłumaczeniach trochę tak. Ewidentnie pani tłumaczka nie przyłożyła się, powinna była dołożyć większej staranności, bo te dwa przykłady złego tłumaczenia, które podałaś, to raczej takie podstawowe są. A przecież obecnie, w dobie internetu, jest o wiele łatwiejszy dostęp do różnego rodzaju słowników / materiałów / pomocy naukowych, w których można posprawdzać.

    Mnie też, jak Leśne Runo, będzie nurtować co to za firma była :)

    A tak na marginesie. Te nasiona rącznika pospolitego wyglądają jak jakieś robale, np. opite kleszcze w powiększeniu ;-) Przperaszam, ale ja robali nieznoszę i tak mi się skojarzyło.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mnie sie wydaje, ze te bledy to wina zbyt duzej wiary w auto-translacje, czy jak sie to tam po polsku nazywa, i potem "przelecenie" tekstu docelowego przez autocorrect, ale bez uwaznego czytania. I niestety, sadzac po tlumaczeniach, ktore ostatnio sama musialam zlecic, niechlujstwo wydaje sie byc bardzo powszechne w tej branzy :(

      Ale masz racje, w dobie internetu, takie wpadki nie powinny sie zdarzac "profesjonalistom".

      Hehehehe, robale!!!

      Delete
  5. Pani filolog tlumaczka z doswiadczeniem musi byc bardzo pewna siebie, i nie da sobie powiedziec, ze bledy zrobila. Ale zeby takie byki robic? Nie jestem specjalista od angielskiego, ale wiem co to "castor oil".
    Jezyka uczymy sie cale zycie, dostep do internetu maja teraz wszyscy, ale jakos ciezko ludziom zrozumiec, ze mozna go wykorzystac do poszerzania wiedzy.
    Wcale mnie takie bledy nie dziwia, bo widzialam pelno takich "kfiatkow" w tlumaczeniach robionych kiedys w Pl. Mialam juz wtedy zapewne lepsza znajomosc jezyka niz tlumaczka, ale sama tlumaczyc nie moglam.
    Tak to jest, gdy wiekszosc nauczycieli jezyka i tlumaczy nigdy nie mieszkalo w kraju nauczanego/ tlumaczonego jezyka i nie znaja podstawowych niuansow, wyrazen, zwrotow, skrotow i ogolnie jezyka codziennego etc. Jezyka nie uczy sie z ksiazek, ale poslugujac sie nim na co dzien z native'ami.
    Nigdy nie tlumaczy sie z jezyka A na jezyk B, i pozniej z B na C!
    Jezyk A to jezyk ojczysty, ktorym wladasz od urodzenia i ktory zna sie najlepiej. Zawsze tlumaczymy z A na B i z B na A, ewentualnie z A na C i odwrotnie, ale z praktyki wiem, ze wiekszosc tlumaczy z 2 obcymi jezykami zna ten drugi jezyk bardzo srednio.
    Poza tym wiekszosc tlumaczy ma swoja dziedzine, gdyz ciezko znac specyficzne slownictwo z paru roznych domen.
    Polska firma chcac wejsc na rynek japonski, powinna tlumaczyc bezposrednio z polskiego na japonski, i jesli chcieli podac sklady rowniez po angielsku, z polskiego na angielski.
    Dobrze, ze pan Japonczyk do Ciebie zadzwonil, dobrze mu sie wydawalo i zaoszczedzil klopotow swojej firmie.
    Trzymam kciuki za Youtube, bede ogladac, duzo nauczylam sie od Ciebie i poznalam pelno "merveilleux" kosmetykow.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Iwonko, jesli tlumaczyliby bezposrednio z polskiego na japonski, to dopiero by sie dzialo!
      W praktyce jest tak, ze to bardziej "egzotyczne" jezyki jak polski przekladane na inny egzotyczny jezyk, ida przez angielski. Szczegolnie jesli chodzi o teksty techniczne. W sumie to dobrze, bo jesli jest poprawna redakcja przez native speakera to mozna wiekszosc bledow wylapac pomiedzy tlumaczeniami.

      Delete

Komentarze sa moderowane.
Bardzo prosze o podpisywanie komentarzy.
Anonimowe beda usuwane. Bez wyjatkow.