Thursday, May 17, 2018

Zazdrosc mnie zzera...

Obudzilam sie dzis do bardzo ciekawego maila od anonimowej czytelniczki, ktora podpisala sie jako "Kasia S." w swojej korespondencji.

Kasia S. twierdzi, ze "zazdrość Cię zżera, bo się do książki nie załapałaś."
I wedlug Kasi S. to jest powod dla ktorego ja tak "zlosliwie atakuje inne, bardziej popularne osoby z duzo wieksza wiedza i o wiekszej kulturze osobistej."
Bo podobno jest jakas polska ksiazka o azjatyckiej pielegnacji, do ktorej pewne blogerki sie "zalapaly."

Droga Kasiu S., dziekuje bardzo za czytanie bloga i za maila.

Dziekuje tez za donos o ksiazce! Jestem w szoku!!! Nikt sie mnie o opinie nie pytal!!! Polskie milosniczki azjatyckiej pielegnacji nie przezyja bez mojej "eksperckiej" wiedzy!
Jak tak mozna!!!

~~~

A teraz na serio...
Dziewczyny, ktore sie do ksiazki "zalapaly" (jak mowi Kasia S., bo ja nawet nie wiem czy to prawda, czy nie) - GRATULACJE!!! Dajcie namiary na ksiazke, to ja w Polsce kupie i przeczytam!!!

Przyznam sie, ze nie mam pojecia o czym pisze Kasia S., bo w Polsce nie mieszkam, polski rynek ksiazkowy malo mnie interesuje.

Mieszkam w Japonii. W Polsce bardzo rzadko bywam. Nadchodzaca podroz to moje drugie odwiedziny w ciagu 10 lat (i czwarte od 28 lat?). Jestem pewna, ze w tym czasie opublikowane byly setki ksiazek na rozne tematy, ktorych ja nie czytalam i raczej czytac nie bede, bo u mnie nie sa one dostepne.

image: wikipedia

Ale jak bede w Polsce w przyszlym miesiacu, to na pewno wybiore sie do ksiegarni, bo uwielbiam spedzac czas w takich sklepach.

Jesli chodzi o "osoby z duzo wieksza wiedza", to juz to chyba sobie wyjasnilysmy w czesci 1 i czesci 2 na temat bzdur w sieci.

Na temat kultury osobistej wole sie nie wypowiadac. Ja przynajmniej nie wstydze sie moich opinii i podpisuje je swoim imieniem i nazwiskiem, jesli wysylam komus maila.

A jesli chcialabym byc w ksiazce, to sama bym takowa napisala.

Raz juz to zrobilam i calkiem fajnie wyszlo.
Moze pora na powtorke z rozrywki ;-)







Wednesday, May 16, 2018

Eksperckie opinie a rzeczywistosc czyli bzdury w sieci - czesc 2

Czesc pierwsza - tutaj.


Przyznam sie, ze osoba dr Agnieszki Sury bardzo mnie zaciekawila.
Jak mi podpowiedziano, choc tytuluje ona siebie jako “dr” na instagramie, blogu (w naglowku - "wszystko o skorze by dr Sura") i jutubie, to w rzeczywistosci jej tytul to “lekarz.”
Nie bardzo orientuje sie w polskiej nomenklaturze jesli chodzi o tytuly medyczne, wiec nie bede komentowac, a tylko wrzucam tu jako adnotacje.

A skoro juz jestesmy przy tytulach naukowych, to aby jakikolwiek zdobyc, trzeba najpierw skonczyc odpowiednie studia i posiadac pewna wiedze medyczna. Tak przynajmniej dziala to w wiekszosci rozwinietych krajow swiata.

Od specjalisty do spraw skory, w koncu nazywa sama siebie “SkinPro,” mam prawo oczekiwac wiedzy na temat skory. A od osoby tytulujacej sie jako “dr”, wiedzy na poziomie kogos, kto skonczyl szkole medyczna (lub kogos, kto posiada doktorat).

A tymczasem dr Sura na wlasnym kanale jutubowym pokazuje, ze podstawowa wiedza na temat biologii skory jest jej calkowicie obca. Tutaj zrzut ekranu z jednego z jej filmikow. 



Tak. To nie zart. Ta specjalistka od skory, samozwancza “SkinPro,” poleca scrub z sody oczyszczonej. Nie bardzo wiem jak sie do tego odniesc. Jesli ten filmik zostal wstawiony 1 kwietnia, to moglabym to uznac jako zart. Ale ewidentnie zartem nie jest.


Nie wiem gdzie dr Sura konczyla studia medyczne. Nie wiem czy spala podczas wykladow. Nie wiem czy zdaje sobie sprawe z tego, ze polecajac ten scrub, pokazuje, iz anatomia i fizjologia skory sa jej calkowicie obce.

Polecajac ten scrub, dr Sura rowniez pokazuje, ze chemia na poziomie szkoly podstawowej to dla niej czarna magia. Na szczescie ja na lekcjach chemii zwracalam uwage, wiec spokojnie mozecie czytac do konca. I jesli jakis chemik czytajacy ten wpis zauwazy ewentualny blad, prosze dac mi znac. Natychmiast poprawie.


A teraz do rzeczy.

Tutaj pomocny artykul, niestety po angielsku, ktory tlumaczy czym jest skora, jak jest zbudowana i jak ona dziala - link.


Dlaczego uzywanie sody oczyszczonej do mycia twarzy to najgorszy z najgorszych pomyslow na jaki mozna wpasc?



Bo soda oczyszczona niszczy skore.
Tak.
Niszczy.

Aby to zrozumiec potrzeba ciut elementarnej wiedzy chemicznej. Takiej naprawde podstawowej, gdzie podczas lekcji robilismy doswiadczenia z kwasami i zasadami.

Tutaj wytlumaczenie czym jest skala pH (nawet po polsku).

Nie jest mi latwo o tym pisac po polsku, bo po prostu brakuje mi odpowiedniego slownictwa, ale postaram sie.

Soda oczyszczona to zasada, ma pH od 8.3 do 9.
Neutralne pH to 7.
Powierzchnia naszej skory, natomiast, ma odczyn lekko kwasowy, pH pomiedzy 4.5 do 5.5.

Tak, zdrowa skora ma kwasowe pH i jest to niezbedne dla naszego zdrowia i zycia.
Dlaczego?
Ta kwasna warstwa na powierzchni skory to ochronny plaszcz kwasowy (acid mantle). Dziala ona jako bariera chroniaca wnetrze naszego organizmu przed szkodliwymi bakteriami. Tak, nasza skora to przede wszystkim bariera ochronna. Wnetrze naszego organizmu ma odczyn lekko zasadowy (pH krwi to 7.3), a na zewnatrz jestesmy o odczynie kwasowym. Jestesmy tak zbudowani, zeby patogeny nie dostaly sie do srodka. Piekny, prosty i sprawny system samoobrony.

Tutaj wytlumaczenie jak to dziala po polsku ze strony Biotechnologia.pl - link.
Dr Sura, jako spec z dziedziny medycyny estetycznej (dowiedzialam sie tez, ze w Polsce taka specjalizacja nie istnieje), powinna te strone znac, a czytac chyba tez potrafi?


Ale wracamy do naszego pH.

I teraz wyobrazmy sobie, ze na ten plaszcz kwasowy skory kladziemy odczyn zasadowy. Podnosimy pH naszej skory. Wcieramy ten srodek chemiczny, jakim jest soda oczyszczona, na twarz zrywajac nasza ochronna warstwe kwasowa. Zostawiamy nasza skore bez obrony przed patogenami. 


Dlugofalowe rezultaty to w najlepszym wypadku zaczerwieniona i wrazliwa skora, a w najgorszym - wypryski (bo zniszczylismy nasza warstwe ochronna) i nadmierna produkcja loju (bo wysuszylismy sobie skore).

Dlaczego wiec rzesze blogerek urodowych i nawet niedouczone osoby po szkolach medycznych polecaja uzywanie sody na twarzy?

Bo krotkofalowe rezultaty sa wspaniale. Skora wydaje sie byc mieciutka i gladziutka.
I oczywiscie, ze jest mieciutka. Sode oczyszczona mozna uzywac do czyszczenia zapchanej kanalizy i brudnych wanien. Jesli daje sobie rade z zatkana rura, to latwo sobie wyobrazic co zrobi na naszej twarzy. Nie sa to moje wlasne wynurzenia i opinie, a fakty potwierdzone badaniami naukowymi. 

Tutaj jeden przyklad (opublikowany w “Dermatology”), gdzie autorzy polecaja oczyszczanie skory srodkami o pH 5.5.

Przy okazji, kocham ten cleanser. Loveisderma to firma dermokosmetyczna z Tajwanu. 
I tak, jestem czubkiem, ktory ma w domu papierki lakmusowe.


A tutaj kolejna publikacja naukowa, gdzie autorzy doszli do wniosku, ze utrzymanie odpowiedniego pH skory to niezbedny krok w leczeniu tradziku. 
I tutaj jeszcze jedna publikacja, gdzie autorzy pokazuja zwiazek podwyzszonego pH skory z problemami skornymi.

Niestety, jak widac po poprzednim wpisie, dr Sura nie bardzo radzi sobie z angielskim, a googlowanie jest jej zupelnie obce, wiec nie dziwi mnie to, ze nie porafila poszukac odpowiednich informacji.

Sode uzywajcie w kuchni do szorowania brudnego zlewu, a na twarz wybierajcie produkty przeznaczone do mycia twarzy, a nie do czyszczenia kibli.



Uwaga. 

Zaraz mi ktos wytknie, ze przeciez wiele pianek do mycia twarzy ma rowniez odczyn zasadowy.
Wiec jak to? Uzywac pianki jest OK, a sody nie? Jaka roznica?

Ano taka, jak pomiedzy plastrem cytryny i szklanka lemoniady (przyklad kwasowy, ale porownanie odpowiednie). Owszem, mozna sobie plaster cytryny wsadzic do ust, idiotki nawet klada je sobie na twarz. Ale wiekszosc normalnych ludzi wybralaby szklanke lemoniady, ktora mozna wypic i ktora dobrze smakuje dzieki DODATKOWYM skladnikom.

Tak samo jest z mydlem i piankami do mycia. Oprocz zasadowych srodkow myjacych, zawieraja one rowniez skladniki, ktore maja za zadanie chronic nasza skore.



I to tyle, jesli chodzi o domowej roboty scrub z sody oczyszczonej na twarz.
Chemia (tak jak fizyka) nie klamie, to nauka scisla oparta na faktach. Nie ma w niej miejsca na “opinie.” Nawet jesli te opinie pochodza od kogos, kto twierdzi, ze jest “SkinPro.”



ciag dalszy nastapi...

Monday, May 14, 2018

Eksperckie opinie a rzeczywistosc czyli bzdury w sieci - czesc 1

Kilka lat temu na jakiejs stronie internetowej o Japonii przeczytalam bardzo powazna odpowiedz na pytanie zwiazane z japonska religia szinto.

Odpowiedz byla mniej wiecej taka:
“Papier” i “bostwo” to w jezyku japonskim to samo slowo - “kami.” Dlatego tez w chramach szinto uzywa sie papieru do dekoracji oltarzy, bo papier to atrybut bogow. I stad tez pochodzi sztuka skladania papieru, czyli origami. 

Image: wikipedia


Jak latwo sobie wyobrazic, ta opinia to totalne bzdury.
Teraz wyobrazmy sobie te bzdury wypowiadane przez, na przyklad, japoniste lub magistra kulturoznawstwa azjatyckiego. Smiech na sali? Oczywiscie.

Od osoby w branzy oczekujemy rzetelnosci i wiedzy, szczegolnie jesli owa osoba lansuje sie na eksperta w danej dziedzinie. Niestety, rzeczywistosc ma sie nijak do oczekiwan (jak widac z poprzedniego wpisu o tlumaczach).

Sama jestem z wyksztalcenia fizykiem. Mam wiele opinii na tematy zwiazane z ta dziedzina nauki (jak chocby energia atomowa), ale staram sie opierac wlasne opinie o potwierdzone badania naukowe z wiarygodnych zrodel.

Jesli napisze na blogu, ze jestem przekonana, iz ziemia jest plaska, bo horyzont u mnie na wsi to pozioma linia, a nie zakrzywiona, to choc mam prawo do tej opinii, nie zmienia to faktu, ze wyjde na totalnego nieuka. I ze natychmiast powinnam oddac moj dyplom uniwersytecki, bo wstyd, zeby fizyk glosil takie brednie.

Ale niestety, podobny poziom bredni gloszony przez ekspertow od pielegnacji, nawet tych z dyplomem medycznym, znajduje swoja grupe dolecowa, ktora tym bredniom przyklaskuje i traktuje je jako slowo ostateczne w temacie. Bo gloszone przez “eksperta.”

Dzis bedzie o takich wlasnie opiniach. Gloszonych przez ekspertow, a w zasadzie jedna ekspertke (choc wiecej pewnie tez by sie znalazlo). 

Kiedy w ten weekend po raz pierwszy zetknelam sie z filmikiem na temat kosmetykow azjatyckich na kanale jutubowym pani doktor Agnieszki Sury, nie bardzo wierzylam wlasnym uszom. Poziom przekazywanych informacji byl taki, iz bylam przekonana, ze dr Sura ma doktorat w ukladaniu puzzli lub wioslowaniu ze sternikiem. A tu tymczasem okazalo sie, ze to rzeczywisty dyplom medyczny. Dr Sura jest doktorem medycyny estetycznej, czyli, zakladam, ze skonczyla szkole medyczna.

Prosze ogladac na wlasne ryzyko!




Moje wlasne skrzywienie zawodowe jest takie, ze weryfikacja danych zostala wbita mi do glowy na studiach. W naukach scislych nie ma miejsca na niezweryfikowane opinie. Dlatego tez rezultaty opublikowanych badan naukowych sa analizowane i recenzowane przez innych specjalistow z branzy.

Podobnego skrzywienia oczekuje od lekarza.

Nie! Od lekarza oczekuje wiecej!
Ja nie pracuje w swoim zawodzie, nie musze sie douczac, nie musze czytac najnowszych publikacji, nie sa mi one potrzebne, choc lubie wiedziec co w mojej dyscyplinie sie dzieje. Od lekarza oczekuje ciaglego doskonalenia wiedzy i rzetelnych informacji. Szczegolnie od lekarza, ktory publicznie lansuje sie na jutubie jako ekspertka od pielegnacji i mowi o sobie “SkinPro.”

Pol biedy, kiedy ow ekspert od pielegancji na wlasnym instagramie poleca uzywanie japonskiego oleju do mycia twarzy na platku do usuniecia makijazu. Glupie, ale nikomu to krzywdy nie zrobi, o ile potem zmyje ten olej pianka czy innym srodkiem do oczyszczania. Nie kazdy potrafi przeczytac instrukcje uzywania na japonskim produkcie, a googlowanie moze niektore osoby przerastac.

Googlowanie zdecydowanie jednak przerasta dr. Sure, niestety.

Juz na samym wstepie dr Sura przyznaje sie, ze to “trudny dla niej temat do wypowiedzenia sie, bo malo jest konkretow i nie mogla podeprzec sie badaniami naukowymi.”

Hmmm… ciekawe podejscie do sprawy, bo i konkretow i badan naukowych jest sporo. Ale google trudny jest…

Istnieje, na przyklad, cos takiego jak Japanese Cosmetic Science Society, maja nawet strone po angielsku, maja publikacje naukowe, organizuja seminaria, mozna sie z nimi skontaktowac i poprosic o opinie, jako “kolezanka po fachu.” 

Dodatkowo, firmy takie jak na przyklad Rohto Pharmaceutical (producent Hada Labo), Kao Corporation (producent Biore), czy nawet stare dobre Shiseido, maja swoje wlasne oddzialy naukowe prowadzace badania, ktorych rezultaty pojawiaja sa w peer-reviewed publikacjach. Firmy te nawet posiadaja oddzialy farmaceutyczne (tak, nawet Shiseido!), gdzie naukowcy pilnie pracuja nad nowymi patentami medycznymi. To tylko kilka przykladow, jest ich duzo wiecej i dla osoby z dyplomem medycznym znalezienie ich nie powinno byc problemem.

Od doktora medycyny estetycznej oczekiwalabym takiej podstawowej wiedzy (to przeciez jej praca!!!) branzowej.

Wiec zamiast publikacji naukowych (ktore istnieja), dr Sura postanowila oprzec sie na “rozmowach z osobami, ktore przebywaly dluzszy czas w Japonii, Koreankami mieszkajacymi w Polsce, oraz przeczytala to co udalo jej sie znalezc.”

Niestety, jak widac, malo udalo sie dr Surze znalezc, bo googlowanie jest niezmiernie trudne, pewnie nie uczyli tego w szkole medycznej. A opieranie sie na opiniach “osob ktore przebywaly dluzszy czas w Japonii?” Hmmm… bzdury otwierajace ten wpis pochodza od osoby, ktora przebywala dluzszy czas w Japonii.

Jesli ja mialabym napisac artykul o polskiej kulturze w oparciu o przemyslenia Kumiko i Naoki, ktorzy spedzili dwa lata na kontrakcie w Polsce, mieszkali pomiedzy Japonczykami i nigdy sie jezyka polskiego nie nauczyli, to mialabym historie, ze Polacy to chamscy rasisci, ktorzy kradna i pija, a Polki to albo nabzdyczone nimfomanki, albo prostytutki. Jedzenie jest za ciezkie, w miastach brudno, kultura obslugi klienta jest zerowa, ale przynajmniej widoki w gorach sa ladne.

Histeryczne? Oczywiscie!

Dr Agnieszka Sura jednak nie miala zadnych problemow, aby postapic odwrotnie i oparla swoje opinie na wlasnie takich wywodach.

Dwie minuty wynurzen dr Sury, a juz popelnila podstawowy blad, ktory moglabym wybaczyc blogerce urodowej, ktora srednio orientuje sie w geografii. Ale od kogos, kto lansuje sie jako “ekspert” juz oczekuje wiekszej wiedzy.
Dr Sura wrzuca Japonie i Koree do jednego worka, “a w zasadzie caly Daleki Wschod.”

zrodlo: wikipedia


Jesli ja pisalabym o Niemcach, a jako przyklady podawala Polske, “a w zasadzie cala Europe,” to wyszlabym na idiotke.
Dr Sura jednak nie ma najmniejszych problemow z takim postepowaniem.
Japonia, Korea, Daleki Wschod (a w zasadzie “wskod”, bo tak to ona wymawia), to dla niej jedno i to samo.

Kolejne slowa to “rytualy lazni?” Jakie dokladnie “rytualy?” “Rytualy” bycia czystym i higieny osobistej? Ja rozumiem, ze dla Europejki, ktorej przodkowie brali jedna kapiel rocznie, to moze byc szokiem, ale w niektorych kulturach ludzie po prostu lubili byc czysci. Lazienki w domach byly luksusem, gorace zrodla byly publiczne. Nawet ludzie ubodzy mogli pojsc sie umyc i wymoczyc w naturalnie goracej wodzie. A ze jako woda pochodzaca ze zrodel geotermicznych miala ona zawartosci mineralow, ktore dobrze wplywaly na skore, to juz tylko dodatkowy bonus.

Nawet polska wersja wikipedii o japonskich onsenach nie wspomina o "rytualach." Skad wiec dr Sura je wziela? Najprawdopodobniej od "osob, ktore przebywaly dluzszy czas w Japonii" i belkotu w zachodnich mediach.

Ale to pestka w porownaniu z tym co jeszcze przed nami.

Trzecia minuta filmiku i znowu widac, ze googlowanie, weryfikacja informacji, i ogolnie profesjonalizm, sa dr Surze zupelnie obce.

Mianowicie, zaczyna ona laczyc tradycje kultury piekna z filozfia piekna i jako przyklady podaje dwa pojecia, ktorych znaczenia nie rozumie i nie chcialo jej sie poszukac.

Mowa o “shibui” i “wabi-sabi.”

Droga pani doktor, wymowa to “łabi-sabi” a nie “vabi-sabi”. Google naprawde nie boli!

Jak sie szybko okazalo, strony wikipedii o shibui i wabi-sabi istnieja, nawet z bardzo rzetelnymi informacjami, ale niestety nie ma wersji polskich. Jak widac dr Sura nie bardzo radzi sobie z jezykiem angielskim (nie wiem wtedy jak bierze udzial w miedzynarodowych konferecjach - a taka informacja widnieje na jej stronie internetowej, moze zatrudnia tlumacza?).

Przyklad ceramiki odpowiadajacej konceptowi shibui (z wikipedii):




Przyklad estetyki wabi-sabi:




Dr Sura natomiast twierdzi, ze koncept wabi-sabi to “bogate, nasycone, krzyczace piekno.”

Nie wiem skad wziela ta informacje, bo wabi-sabi to, jak widac, akurat dokladnie w 100% cos zupelnie odwrotnego. Byle student pierwszego roku japonistyki moglby ja z bledu wyprowadzic.

Wabi-sabi to “niedoskonale piekno”, najlepszym okresleniem po angielsku chyba byloby “rustic simplicity.” Wabi-sabi to autentycznosc, prostota i brak nasycenia, krzykliwosci i bogactwa.

Jesli dr Sura nie daje sobie rady z takim prostym konceptem, to az strach sie bac jak daje sobie rade z o wiele bardziej zlozonymi problemami medycznymi…

Jako przyklad "krzykliwego wabi-sabi" (ktore istnieje tylko w jej wyobrazni), dr Sura podaje opakowania masek w plachcie o intensywnych i krzyczacych kolorach. Jak widac z tego opisu, zna ona tylko i wylacznie koreanskie maski watpliwej jakosci z raczej bardzo niskiej polki cenowej.

Zdecydowanie NIE przyklad wabi-sabi.


Nie zapominajmy, to dopiero trzecia minuta siedemnastominutowego filmiku, a dalej wcale nie jest lepiej.

Kiedy zostawilam komentarz pod filmikiem, dr Sura odpowiedziala, ze kazdy ma prawo do swojej opinii. Oczywiscie, ale nie kazdy ma przy swoim nazwisku slowa “SkinPro.” A od osoby lansujacej sie jako “pro” (w jakiejkolwiek dziedzinie) oczekuje rzetelnych informacji i potwierdzonych faktow, a nie wymyslonych bzdur watpliwego pochodzenia.

Dr Sura wstawila rowniez ten komentarz, po czym szybciutko (na szczescie) go skasowala (zrzut ekranu z mojej skrzynki mailowej):



Szkoda, ze dr Sura nie oglada wlasnych filmikow.

Droga pani doktor, moze w takim razie warto byloby zaczac filmiki ogladac przed wstawieniem na YouTube? To naprawde dobry pomysl! Podczas ogladania mozna wylapac wiekszosc bledow merytorycznych.

Niestety, jak widac taki brak profesjonalizmu jest dosyc powszechny w Polsce.
Skoro tlumacze nie sprawdzaja wlasnych tlumaczen, nie mozna wiec oczekiwac, aby SkinPro z dyplomem medycznym miala czas i ochote weryfikowania wlasnych slow przed kliknieciem “upload” na jutubie.



Ciag dalszy nastapi, bo nawet ja mam swoj dzienny limit jesli chodzi o nonsensy wyglaszane przez “ekspertow.”

Friday, May 11, 2018

Kfiatki w tlumoczeniach

Dwa dni temu skontaktowal sie ze mna gosc, ktory pracuje w malej, ale preznej, firmie kosmetycznej tutaj w Japonii. Nazwy nie bede podawac, bo nie chce nikomu narobic klopotow. Poznalam i jego, i jego zone przy okazji targow kosmetycznych pare lat temu. Wymienilismy sie wizytowkami. Od czasu do czasu dostaje maile od jego zony, bo czyta mojego bloga po angielsku.

Facet przepraszal i przepraszal, jak to Japonczyk, przez chyba 10 minut, i w koncu wyjasnil co sie stalo.

Ano, bylam jedyna osoba, ktora przyszla mu na mysl o tak poznej godzinie, bo byla to pora raczej juz na spanie niz na dzwonienie do obcych ludzi. Potrzebowal naglej pomocy jezykowej od kogos, kto mowi po polsku i po angielsku. Sytuacja byla nagla i nie mogla czekac do rana.

Otoz firma ta nawiazala wspolprace z pewna polska firma kosmetyczna. Owa polska firma byla zainteresowana wkroczeniem na niszowy rynek kosmetyczny w Japonii. Firma japonska wstepnie wyrazila chec dystrybucji i reprezentacji w Japonii.

Sluchalam tej historii, i dumna bylam, ze polskie firmy kosmetyczne (slyszalam o tej marce wczesniej, ale jej produkty nie sa mi znane) tak dzielnie pracuja aby w koncu wkroczyc na swiatowe rynki.

Niestety, dlugo moja duma nie trwala.

Otoz, facet mowi tak:
Przyslali nam materialy odnosnie produktow przetlumaczone na angielski. Nie znam angielskiego na tyle, ze byc w 100% pewny, ale wydaje mi sie, ze te tlumaczenia sa jakies dziwne. Potrzebujemy je na jutro rano... 

Dluga chwila ciszy i juz wiem o co chodzi.
Dlatego, bardzo, z unizeniem, pokornie prosimy, przepraszajac, ale czy jest mozliwosc, jesli bylabys w stanie, najmocniej nam przykro, ze prosimy tak nagle i tak pozno, spojrzec na te tlumaczenia angielskie i polskie oryginaly.
Kontaktowalismy sie juz z polska firma, i mowia nam, ze ich tlumaczenia sa bez zarzutu, ze zostaly wykonane przez tlumacza z wieloletnim doswiadczeniem w branzy medyczno-kosmetycznej.

Dostalam mailem PDFy po polsku, angielsku i japonsku i zaczelam czytac.
Wersja polska byla nudna jak flaki z olejem. Czytalam to z maska w plachcie na twarzy siedzac w wannie. Cud, ze nie usnelam i sie nie utopilam.

Wzielam sie w koncu za wersje angielska. Od razu bylo widac, ze tlumaczenie bylo zrobione przez Polaka i ze nikt potem calosci nie redagowal. Ale w sumie czytalo sie dobrze i bylo sensowne.

Az dotarlam do rozdzialu o poszczegolnych skladnikach. INCI, czyli International Nomenclature of Cosmetic Ingredients, czyli międzynarodowe nazewnictwo składników kosmetyków, bylo tlumaczowi zupelnie nieznane.

Ja ekspertka nie jestem. Skladami rzadko sie przejmuje. Ale lubie, kiedy przetlumaczone sa bez bledow. Jesli chodzi o tlumaczenia z japonskiego, to ufam tylko dwom osobom: Ratzilli i sobie samej.
Na blogach ekspertek i fanek pielegnacji azjatyckiej widzialam takie cuda, i tyle razy, ze szkoda mi czasu. Jesli autorka nie podaje zdjecia skladu z opakowania, to po prostu jej nie wierze. Szczegolnie jesli sama przyznaje sie do nieznajomosci jezyka.

Ale tutaj byl tekst profesjonalnego tlumacza. Z wieloletnim doswiadczeniem w branzy medyczno-kosmetycznej.

Tlumacz ten przetlumaczyl "olej rycynowy" jako "ricin".
Czyli z pospolitego skladnika znanego po angielsku jako "castor oil" nagle zrobila nam sie silna trucizna i potencjalna bron biologiczna.



Olej rycynowy (castor oil, nie jest szkodliwy) i rycyna (ricin, substancja silnie toksyczna, zabije cie w kilka minut) pochodza z tego samego zrodla - nasion rącznika pospolitego. Ale profesjonalista z wieloletnim doswiadczeniem powinien wiedziec, ze to dwie rozne substancje.



Tlumacz ten przetlumaczyl "olejek eteryczny" jako "ester oil".

Czyli z substancji roslinnej, po angielsku "essential oil" nagle zrobil nam "olej syntetyczny" (do uzycia w samochodach i przemysle). Wstyd straszny, bo nawet wujek google podaje, ze "olejek eteryczny" to nic innego jak "essential oil".
O ile "ester" moze byc substancja zapachowa (miedzy innymi), to pierwszym odnosnikiem w googlu do "ester oil" jest strona Mobil (po angielsku) i Castrol (po polsku).
Dlaczego wiec profesjonalny tlumacz tego nie wiedzial? Nie mam pojecia.



Nie bede sie wdawac w analizy olejow estrowych, bo nie bylo o nich ani slowa w polskim oryginale. Pojawily sie dopiero w angielskim tlumaczeniu, w miejscu gdzie powinny byc olejki eteryczne.

Byly tez inne, mniejsze bledy, ale rycyna i olej silnikowy najbardziej rzucily mi sie w oczy.

Nic dziwnego, ze pan z japonskiej firmy mial obawy odnosnie jakosci tego tekstu.

Pan Japonczyk zaczal dzwonic do Polski. Firma polska stanela przy swoim, twierdzac, ze tlumaczenia sa dobre, bo robione przez profesjonaliste. Ale wymknelo im sie nazwisko owego profesjonalisty. A raczej, profesjonalistki, bo okazala sie byc kobieta.

Wygooglowalam ja. Oprocz tlumaczen, jest lektorka jezyka angielskiego na jednym z lepszych uniwersytetow w Polsce.

Jesli wiec pani magister filolog z wieloletnim doswiadczeniem nie daje sobie rady z tlumaczeniami skladnikow kosmetycznych, jak ma radzic sobie blogerka, ktora nawet nie potrafi przeczytac jezyka z ktorego tlumaczy sklad produktu?



Jest to jeden z powodow dla ktorego dalam sobie spokoj z wiekszoscia koreanskich kosmetykow. Nie wiem co w nich jest. Potrafie przeczytac, ale w wielu wypadkach nie bardzo rozumiem co czytam. Jesli na opakowaniu nie ma oficjalnego skladu po angielsku, to nie kupuje.

Skladniki kosmetyczne to specyficzna nisza jezykowa. Zalozylabym nawet ze ponad 90% native speakerow nie ma pojecia co wiekszosc tych slow znaczy. Ja staram sie podawac dokladne sklady, bo choc mnie samej malo one interesuja, to jednak mam swoje alergie i sa pewne substancje, ktorych staram sie unikac. I nie, ethanol (alcohol) nie jest jedna z nich.

Ja skladow nie analizuje, bo nie jestem chemikiem kosmetycznym i nie znam sie. A "analizy" skladow przez blogerki, to juz temat na osobny wpis.

Wracajac do tlumaczen. Przykro mi, ze ta polska firma stracila szanse na wejscie na rynek japonski. Tak, stracila. Firma japonska zmienila zdanie i wspolpracy nie bedzie. I przyczyna tego nie byly kfiatki tlumoczeniowe, ale zachowanie i odpowiedzi firmy polskiej. Troche za chamskie jak na rynek japonski.





Tuesday, May 8, 2018

Dzien Gwiezdnych Wojen w Tokio - 4 Maj 2018

W tym roku po raz pierwszy wybralam sie do Tokio na Dzien Gwiezdnych Wojen. Wspaniale plany byly takie, aby wstac o zabojczo wczesnej godzinie i wskoczyc w bardzo poranny pociag do stolicy. Chcialam byc w Tokio przed 9-ta rano. Bardzo ambitne zamierzenie, a to z tego powodu, ze wymagaloby to zwleczenia sie z futona najpozniej o 5:30. W dzien wolny od pracy.

Dodatkowo wpadlam na wspanialy pomysl, aby zaprosic kolezanke. A ona, zamiast powiedziec "cos ty? Na glowe upadlas? Przeciez ja chce sie wyspac," bardzo entuzjastycznie wykrzyknela "OMG? Naprawde? Swietnie! Oczywiscie, ze tak. Jedziemy!"

Kiedy nadszedl poranek 4 maja, sila mocy zdecydowanie nie byla z nami. Ja gotowa przy drzwiach, a ona nie. O 6:30 nadal spala, obudzil ja w koncu moj telefon. O 7-ej ona nadal nie gotowa.  O 8-ej plakala, ze sie jej prostownica do wlosow spalila. Kiedy w koncu wyruszylysmy, bylo juz grubo po 9-tej. A to znaczy, ze dotarlysmy do Tokio prawie w samo poludnie. Rownie dobrze moglybysmy zostac w domu i nie marnowac pieniedzy na bilety.

No ale co to takiego ten Dzien Gwiezdnych Wojen?
Obchodzony jest kazdego roku 4 maja. Dlaczego akurat wtedy?
Wina jezyka angielskiego. "Niech Moc bedzie z toba" to po angielsku "May the force be with you."

A to z kolei brzmi podobnie do "May the fourth be with you," gdzie "May the fourth" to nic innego jak 4 maja. Force (moc) i fourth (czwarty) brzmia identycznie jesli wymawiane sa przez Japonczykow. I japonskie uszy nie potrafia odroznic tych slow, kiedy wymawiane sa przez native speakerow angielskiego. Ot, taka japonska dolegliwosc.



Glowny event dnia zostal zorganizowany przez J-Wave (jedna z tokijskich radiostacji) i odbywal sie w miejscu znanym jako Sanagi Space, rzut beretem od wyjscia South East ze stacji Shinjuku.


Ten plecak! Chce!!!

Poniewaz 4 maja to swieto panstwowe i dzien wolny od pracy w Japonii (jak i 3 maja i 5 maja tez - tzw. Golden Week / Zloty Tydzien), a 6 maja to akurat w tym roku niedziela, Tokio mialo nie jeden Dzien Gwiezdnych Wojen, ale caly przedluzony gwiezdno-wojenny weekend.



Golden Week (Zloty Tydzien) oznaczal, ze oprocz nieszczesnikow, ktorzy pracuja w sklepach, restauracjach i turystyce, niemal cala reszta Japonii miala wolne. To z kolei oznaczalo, ze pociagi pekaly w szwach, a tlumy w Tokio byly ogromne. Na autostradach nie bylo lepiej. Autostrada Tohoku w okolicach zjazdu na droge do Nikko zatkana byla korkiem o dlugosci 32 kilometrow.

Kolejka luda do Sanagi Space byla prawie takiej samej dlugosci. Ciagnela sie wzdluz budynku do nastepnego skrzyzowania, potem po drugiej stronie, przez ulice i az do wejscia do stacji Shinjuku. Jeden z ochroniarzy z usmiechem poinformowal nas, ze czas stania w kolejce to mniej wiecej cztery godziny.


Kolezanka poslusznie stanela na koncu kolejki i wygladalo na to, ze bedzie tam cierpliwie stala i czekala przez kilka lat. Kiedy po godzinie kolejka ani drgnela, ona w koncu wydusila z siebie "Aniu, moja wina, nie zabij mnie prosze, choc na to zasluguje."
Zostawilam ja tam, a niech sobie stoi, nalezy jej sie kara, a sama poszlam robic zdjecia.


Ludzie, pomimo upalu, goraca i stojacej w miejscu kolejki, byli mili, przyjacielscy i pomagali sobie wzajemnie. Kazdy kazdemu pomagal robic zdjecia, a cosplayerzy cierpliwie pozowali.

Z jednym malo przyjemnym wyjatkiem... Zaraz przy wyjsciu z Sanagi Space zlapalam procesje imperialnych szturmowcow. Maszerowali eskortowani przez oficjalnych organizatorow eventu. Jeden z tych organizatorow okazal sie bialym facetem. I jeden z tych organizatorow szczekal na prawo i lewo "zadnych zdjec, nie robic zdjec." Latwo zgadnac, ktory.
Tak, ten bialas. Jego japonscy koledzy po prostu ignorowali fanow z aparatami, ale nie on.
Pewnie marzylo mu sie bycie celebryta, a tu taki obciach. Z plakietka na szyi musi biedak szturmowcow prowadzic...



Zignorowalam czubka i zlapalam ostatniego szturmowca na zdjeciu.
Szturmowcy szturmowcami, ale w kolejce czekaly bardziej interesujace stwory.



Ksiezniczki przybyly na miejsce w tym samym czasie co my. Ale poniewaz byly w kostiumie, to sie przysunely do Chewie i w ten sposob przeskoczyly jakies sto luda w kolejce.


Ksiezniczki drogie, te buty psuja reszte kostiumu. 

Rebelianci byli przeszczesliwi, bo byli okolo godziny od wejscia. Blisko! Juz prawie w srodku!


Darth Maul grala w gry smartphone'owe.


Malo co mnie dziwi ostatnimi czasy, ale dorosly mezczyzna przebrany za BB8 jednak ciut mnie zdziwil.


No i oczywiscie wszedzie stormtrooperzy.


Oni dobrze wiedzieli, ze ich glownym zadaniem jest stanie i pozowanie do zdjec.


Nie jestem pewna czy to po prawej to kobieta, czy mezczyzna. Debatowalismy w drodze do domu i nadal nie mozemy zdecydowac. Ja mowie, ze to facet, kolezanka, ze to kobieta. Jesli to kobieta, to wyzsza niz ja. I nawet wyzsza od tego tu milego troopera.


Na niebiesko to zdecydowanie kobieta.
Oczywiscie byl tez i Kylo Ren. A nawet kilku. Szwendali sie w te i wewte.


Rozmawialam z kilkoma osobami, ktorym udalo sie dostac do srodka Sanagi Space. Powiedzialy, ze bylo fajnie, ale nie do konca. J-Wave po prostu nie docenilo popularnosci Gwiezdnych Wojen i nie oczekiwalo az takich tlumow. Ich personel byl sfustrowany i pod napieciem. Nie dosc, ze mieli na rekach tlum na zewnatrz, to rowniez musieli delikatnie, acz stanowczo, przypominac ludziom wewnatrz budynku, ze nie moga sie tam bawic przez caly dzien. Niestety, po kilkugodzinnym czekaniu, niektorym ludziom wcale sie nie spieszylo i nie bardzo chcieli stamtad wyjsc.



Jak latwo zauwazyc, japonski tytul filmu to nie "Solo", a "Han Solo." A wlasciwie "Han Soro," bo w jezyku japonskim nie ma "L".

I jak widac, film pojawi sie w kinach dopiero 29 czerwca. No niech mnie ktos kopnie! Caly miesiac po reszcie swiata!
Ale nie ze mna takie numery. Ja zaplanowalam podroz do Polski (moja pierwsza od lat!!!) tak aby zobaczy "Solo" w dniu premiery. Niestety, plany zostaly ciut zmienione, a to znaczy, ze postaram sie pojsc do kina 28 maja. Jesli ktos w Trojmiescie chce sie ze mna wybrac, to prosze pisac smialo!

Mozliwe tez, ze pojde do kina 26 maja w Dubaju... Ale to jeszcze na etapie planow. Jedno jest pewne. Nie bede czekac caly miesiac na japonska premiere "Solo".

A tutaj zdjecie grupowe najbardziej widocznych cosplayowych jednostek.



Kiedy po godzinie kolejka ani drgnela, moja kolezanka w koncu sie zorientowala, ze na wejscie do srodka w tym stuleciu niestety nie mamy szans. W przyszlym roku kolezanki zapraszac nie bede, zostawiam ja w domu i jade do Tokio sama. I w przyszlym roku powinnam byc juz czlonkiem japonskiego oddzialu 501st Legion! A to znaczy, ze bede miala wlasna zbroje imperialnego szturmowca. Robi sie ona dla mnie w Polsce wlasnie w tej chwili.

A tutaj jak lotnisko Heathrow obchodzilo May the fourth.


Takie cos nigdy nie zdarzyloby sie w Japonii, niestety.
Dear Heathrow, w przyszlym roku prosze dodac lot na Scarif.

Niech czwarty maja bedzie z Wami!

Do zobaczenia w przyszlym roku!