Thursday, August 24, 2017

Raport z Dubaju, czesc 1

Kompletnie w tej Japonii zdziadzialam. W Tokio bywam bardzo rzadko, do ekskluzywnych restauracji nie chadzam, ciuchy kupuje albo w Montbell, albo w GAPie, Uniqlo, lub po prostu w lumpeksie. Wlosy zazwyczaj sciagam w kucyka i jak jezdze samochodem, to mam czapke na glowie. W ten sposob znacznie rzadziej zostaje zatrzymywana przez drogowke, ktora jak tylko widzi blond leb, to automatycznie macha, zeby stanac.

Nie wiem nawet jak wielki swiat wyglada. W zachodnim wielkim miescie nie bylam juz chyba z ponad 12 lat. Jak nie wiecej. Seule, Tajpeje, Pekiny i Kuala Lumpury sie nie licza. Bo to takie inne wersje Azji. A Azje mam na co dzien.

I tu nagle takiej wiesniaczce jak ja przyszlo spedzic dwa dni w Dubaju. W Dubaju! I to w cale nie przypadek, ze "w Dubaju" rymuje sie z "w raju"... Tak, tak, wiem, wiem, Dubaj to tez technicznie Azja. Ale praktycznie, to dla mnie bardziej Disneyland niz rzeczywiste miasto.

Tak jak duzych miast nie znosze, to w Dubaju moglabym zamieszkac. I mieszkac tam sobie do konca zycia. I tak jak Abu Dhabi przyprawia mnie o odruch wymiotny, to Dubaj to moje marzenie.



Mialam dlugi i szczegolowy plan zaplanowany na moj pierwszy dzien. Niestety z powodu tajfunu wylecielismy z Tokio opoznieni. I wyladowalismy opoznieni. I tak to moj plan szlag trafil, a ja musialam zadowolic sie resztkami dnia. Wiec wybralam dwie najbardziej ekskluzywne resztki, ktore juz mialam zabukowane i oplacone. A mianowicie, wizyte w Spa w The Burj Club, i wjazd na Burj Khalifa. Na szczescie dla mnie, jak sama nazwa wskazuje, The Burj Club rowniez znajduje sie w Burj Khalifa, tyle ze na dole w czesci rezydencyjnej.

Moja obsesja z Dubajem zaczela sie lata temu, kiedy namietnie czytalam blogi dziewczyn, ktore przekonwertowaly sie na islam i powychodzily za maz za panow mieszkajacych na Bliskim Wschodzie. Nie wiem dlaczego je czytalam. Pewnie z tego samego powodu dla ktorego ludzie zwalniaja, zeby popatrzec na wypadki samochodowe.

Szczegolnie w pamiec zapadl mi blog pewnej dziewczyny z Irlandii. Mlodziutka, dopiero co skonczyla 18 lat, przeszla na islam, bo poznala jakiegos starszego, bogatego Saudyjczyka. Zostala jego druga zona. Oczywiscie bez oficjalnego slubu w Arabii Saudyjskiej. Anyway, ow maz, zainstalowal ja w mieszkaniu w Burj Khalifa wlasnie (przynajmniej tak pisala) i nawet jej mama sie do niej sprowadzila z Irlandii. Maz przyjezdzal z Arabii na wizyty malzenskie raz na miesiac, a jak go nie bylo to ona pilnie zaslaniala twarz, uczyla sie arabskiego i chodzila na zakupy do roznych mall'ow w Dubaju. Miala tez obsesje na punkcie drogich samochodow. Marzyly jej sie jazdy probne Ferrari i Lamborghini i takie tam. Ponoc maz jej obiecal, ze takie jazdy zorganizuje, ale za kazdym razem, jak mialo byc juz i teraz, to nagle okazywalo sie, ze mial jakas wymowke. Dziewczyna oczywiscie slepo mu wierzyla.

Lamborghini na zywo nie zauwazylam, albo nie patrzylam uwaznie. 
Za to w oczy rzucil mi sie ten oto McLaren. 

Nie wiem co sie stalo z jej blogiem. Szukalam go kilka lat pozniej, ale juz nie znalazlam. A szkoda, bo byl fenomenalny. I pewnie niejedna malolata, ktora go czytala postanowila pojsc w jej slady. I wcale im sie nie dziwie. Nie najgorszy wybor zyciowy dla cwanej dziewczyny. O ile kasa plynie, zycie sie toczy... A wizyte malzenska raz na miesiac da sie wytrzymac. Szczegolnie jesli dziewczyna caly czas ma w pamieci powod dla ktorego sie tak poswieca, czyli karte kredytowa meza. Cynicznie? Pewnie! Ale niech mi nikt nie wmawia, ze ona tak z milosci... Z milosci do Lamborghini chyba.



Czytalam tez bloga pewnej Polki, ktora, o ile sie nie myle, rowniez mieszka(la) w Burj Khalifa. I jeszcze bloga innej dziewczyny, ktora nawet opisala swoje wizyty w The Burj Club Spa.
I zawsze kiedy czytalam, tak sobie myslalam, "gdybym tylko byla mloda i bardziej urodziwa, to tez chcialabym kawalek takiego zycia."

Ale jest jak jest i ogolnie nie moge narzekac. Dubaj bedzie w wakacje. A w miedzyczasie mialam szanse na spedzenia ogryzka dnia robiac to, co lubie najbardziej. Czyli, udajac rozbestwiona ksiezniczke.

The Burj Club to ekskluzywny health club i spa w jednym. A znajduje sie w chyba najbardziej rozpoznawalnym miejscu na swiecie. W Burj Khalifa. Symbolu Dubaju.

Zanim jednak do The Burj Club dotarlam, to musialam stawic sie w Copthorne Airport Hotelu, gdzie mialam spedzic moj Dubai Connect.
Dubai Connect to taki dlugi layover, kiedy Emirates (linia lotnicza) zapewnia hotel i wyzywienie. Mnie akurat Dubai Connect przyslugiwal, ale malo co bym go nie dostala. Pani z obslugi Emirates na lotnisku w Tokio usilowala wmowic mi, ze nie zarejestrowalam sie na Dubai Connect na stronie linii lotniczych. Oczywiscie, ze sie zarejestrowalam. Na szczescie zrobilam wydruk zrzutu ekranu. Byla bardzo niezadowolona, kiedy musiala mi dac moj hotelowy voucher.

Wykladzina byla tak brudna, ze balam sie zdjac buty. 
W koncu buty zdjelam, ale chodzilam w skarpetkach. 
Skarpetki wyrzucilam do kosza nastepnego dnia.

Copthorne Airport Hotel to syf, kila i mogila. Tranzytowe ghetto dla podroznych. Nie wyglada jak na zdjeciach. To niby czterogwiazdkowy hotel, ktory w rzeczywistosci nie dostalby nawet dwoch gwiazdek. Ale byl darmowy i polozony blisko stacji metra (GGICO), wiec nie narzekalam. Zaczelam dopiero narzekac wieczorem, jak ukradziono mi w hotelowej restauracji folder z moimi podroznymi wydrukami, w tym rowniez z karta pokladowa na kolejny lot. Mialam wiecej szczescia niz rozumu, bo zazwyczaj wkladalam do tego folderu rowniez paszport. Ale paszport byl akurat w torebce. Inaczej moje wakacje skonczylyby sie zanim jeszcze sie zaczely.

A tak oto prezentowal sie widok z okna pokoju. Bleh...

Do tego trzeba placic za wi-fi (15 dolarow za dwie godziny, czy cos takiego, juz nie pamietam). W lobby koczuje cala masa naganiaczy na wycieczki, ktorzy nawet nie sa pracownikami hotelu.

Ale bardzo wiele jestem w stanie wybaczyc, bo mieli grillowane pieczarki. 
Pieczarki!! 
Chyba od roku snily mi sie te nieszczesne pieczarki, tyle, ze w occie.

Niesmaczne jedzenie, brudna restauracja, i personel, ktory jest tam z musu, i ktoremu wszystko wisi. Jeden z wycieczkowych naganiaczy szedl za mna az do windy, i powiem szczerze, troche sie przestraszylam. Wsciekly byl, ze nie chcialam kupic ani wycieczki, ani zamowic taxi, ani nic.

W recepcji nie bardzo chetnie chcieli sie podzielic informacja jak dojsc do stacji metra, a przeciez widzialam na mapach google, ze byla blisko. Jednak nie mialam wi-fi, a mapy nie mialam w trybie offline. Pewnie w recepcji sa w zmowie z naganiaczami z lobby, wiec kierowanie ludzi do metra im sie nie oplaca.

W koncu pan fryzjer za zakretem powiedzial mi, zeby przejsc wzdluz przez caly hotel, wyjsc od tylu i drozka dreptac az do ulicy. Po drugiej stronie ulicy byla stacja metra. Calosc zajela mniej niz dwie minuty.

Ja bardzo chetnie pojechalabym do miasta taksowka, ale tyle sie naczytalam o tym dubajskim metrze, ze po prostu musialam osobiscie tego doswiadczyc.

Tak, musialam zrobic transfer i jezdzic obiema liniami. 
Nie z przymusu, ale z wewnetrznego musu. 
Inaczej nie bylabym soba.

I powiem tyle, warto bylo. Dubajskie metro jest naprawde swietne.
Kupilam bilet na pierwsza klase (gold class cabin, tani byl!) i podziwialam widoki.

Caly wagon mialam poczatkowo dla siebie.

Akurat w strone do miasta gold class cabin bylo z samego przodu pociagu, a ze nie ma ani kierowcy ani motorniczego, mozna udawac, ze samemu sie pociag prowadzi.



I tak sobie tym metrem jezdzilam, ze zupelnie zapomnialam, ktora byla godzina. Do tego ciapa jestem i nie przestawilam zegarka. Nie bylam spiaca, ani zmeczona, wiec na czas nie zwracalam uwagi. Niestety moje spa w The Burj Club zabukowane bylo na 13-sta. Mialam sie tam stawic o 12:30.
A tu nagle 12:30, a ja ciagle w metrze!



Wysiadlam na stacji Burj Khalifa myslac, ze powinno byc blisko i postanowilam pojsc na latwizne. Polecialam na dol, zeby zlapac taksowke.



Taksowka akurat stanela, bo ktos wysiadal. Lucky! Niestety, pan kierowca wpadl troche w panike, jak mu powiedzialam, ze chce aby mnie zawiozl do wejscia dla rezydentow w Burj Khalifa.

Tak, wiem, ze Burj Khalifa stala techniczne po drugiej stronie ulicy. Ale ulica byla szeroka, po drugiej stronie furczala budowa pelna para, a ja nie mialam pojecia, gdzie to wejscie dla mieszkancow mialo byc.

Niestety, moj swiezo z Bangladeszu pan kierowca tez nie wiedzial. A moze nie wierzyl mi, ze tam chce jechac. Tak, wiem, wiem. Nie wygladam na kogos kto mieszkalby w Burj Khalifa. Nie wygladam nawet na kogos, kto mialby znajomych mieszkajacych w Burj Khalifa. A ze jestem stara i biala, i poszargana, to juz na pewno nie pracuje jako pomoc domowa u ludzi, ktorzy w Burj Khalifa mieszkaja.

W koncu dal sie przekonac, zeby jechac w strone wiezy. Niestety podjechal od tylu, tam gdzie stoja Lexusy i Mercedesy z kierowcami, ktore czekaja na Allah wie kogo.
Kazal mi wysiadac i odmowil wziecia pieniedzy za przejazdzke. Nie zart. Nie chcial kasy. Odjechal tak szybko jakby mu sie dom palil.

A ja nie mialam wyjscia i przy 45 stopniowym upale (ale pokryta filtrami, z parasolka i w ochraniaczach na ramionach) zaczelam dziarsko maszerowac wewnetrzna droga, zdecydowanie nie przeznaczona dla gosci.
Pan ochroniarz niezle sie zdziwil jak zobaczyl zgrzana i zszargana babe wylazaca zza krzakow ZA punktem security, a nie przed. Ale grzecznie zadzwonil do spa, potwierdzil, ze ja to jednak ja i pokierowal mnie we wlasciwym kierunku.

Niestety bylam wtedy juz tragicznie spozniona, wiec nie mialam ani glowy, ani czasu, zeby pstrykac zdjecia od zewnatrz. Myslalam, ze uda mi sie zrobic kilka fot jak bede wychodzic, ale tak sie zlozylo, ze nie wyszlam.

ciag dalszy nastapi...

Czesc druga jest tutaj.


4 comments:

  1. Co prawda przeczytałam już wersję angielska, ale co język ojczysty to język ojczysty. Świetnie piszesz :)
    Przykro, że ten hotel był taki okropny.
    W metrze jest pierwsza klasa? Super. A czym się różni od reszty?

    ReplyDelete
    Replies
    1. Rozni sie tym, ze ma ladniejsze siedzenia i nie jest zatloczona, bo jest drozsza. Inne wagony byly zapchane do max pojemnosci, a pierwsza klasa - easy breezy. No i to okno na samym przodzie pociagu z widokami.

      Delete
  2. Fascynuje mnie Dubaj, ale na zasadzie oglądania obrazków, czytania relacji :) A Twoją historię po raz kolejny pochłaniam z uśmiechem na ustach i lekkim smutkiem, że to już koniec... ;)
    Czekam na ciąg dalszy! :)

    "Tranzytowe ghetto dla podroznych" -przerażające, zwłaszcza że dzisiaj na jednej z grup w której jestem na FB pewna osoba wrzuciła zdjęcie po jednej nocy pobytu na kwaterze z polecenia - zdjęcie przedstawiało rękę pogryzioną przez pluskwy.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Ciao dalszy bedzie wkrotce. Po polsku moge sie produkowac bez ograniczen tematycznych, wiec bedzie bardzo szczegolowo ;-)

      Pluskwy mnie na szczescie nie pogryzly, ale spalam na wszystkich przescieradlach, w pelni ubrana i przy wlaczonych swiatlach.

      Za to jak bylam w Tonga, to w bardzo polecanym, dosyc drogim, guesthousie, opisywanym nawet w przewodnikach Lonely Planet, ze to cud miod i dom z dala od domu, pluskwy pogryzly mnie strasznie.

      Delete

Komentarze sa moderowane.
Bardzo prosze o podpisywanie komentarzy.
Anonimowe beda usuwane. Bez wyjatkow.