Sunday, January 7, 2018

Wyprawa na planete Scarif - czesc 1

Kilka osob zapytalo sie mnie prywatnie o co chodzi z ta planeta Scarif o ktorej wspomnialam w poprzednim wpisie. Obiecalam wytlumaczenie i raport z wyprawy.

Wiec oto jest.

Kto mnie zna, wie, ze jestem wielka fanka Gwiezdnych wojen.
Czesc IV - Nowa nadzieja, byl pierwszym filmem, na ktory poszlam do kina. Z tata. Czulam sie strasznie wazna i strasznie dorosla. Dokola mnie nastoletni chlopcy i dziewczeta, a ja smarkata szczeniara z tata za reke.

Tak, to bylo bardzo, bardzo dawno na innym kontynencie daleko stad.

Kiedy film sie skonczyl, wiedzialam, ze Luke Skywalker to milosc mojego zycia. A moze Han Solo. Nie bylam bardzo wybredna... Najwieksze wrazenie jednak zrobil na mnie Lord Vader.
To byly lata...

Kiedy pojawilo sie Imperium kontratakuje, oczywiscie bylam w kinie. Widzialam ten fim tyle razy, ze moglam recytowac scenariusz zamiast aktorow. Powrot Jedi nie byl moim ulubionym odcinkiem, ale poniewaz Luke i Han byli w obsadzie, wiec ogladalam wiele razy.

Z czasem milosc do Luke'a mi przeszla, czesci I, II i III to abominacje, ktore trzeba wymazac z historii ludzkosci, czesci VII i VIII moga byc.
Lotr 1 - Gwiezdne wojny - historie, ehhh... Jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma.

Tak, jestem niereformowalna fanka Gwiezdnych wojen i wcale sie tego nie wstydze. Nosze laptopa do pracy w torbie star warsowej. Na breloku do kluczy wisi mi Darth Vader. Pije herbate z takich kubkow:


W pracy uzywam takich rzeczy:


A w mojej kolekcji t-shirtow znajduja sie takie okazy:



Niestety, wszystkie to rzeczy to wylacznosci na rynek japonski. Kubki sprzedawane byly w kinach. Ochraniacze na dokumenty to limitka wydana przez Poczte Japonska. Koszulka z Tokyo Sky Tree to limitowany wzor, ktory byl do nabycia tylko w sklepiku na szczycie wiezy. A reszta to rzeczy ze sklepu odziezowego Uniqlo na rynek krajowy.

Fanka Star Wars: Rogue One nigdy nie bylam. Film widzialam, nawet wiecej niz raz, ale jakos specjalnie do mnie nie przemowil.


Taaaa, fanka nie bylam, ale taki mousepad, a nawet dwa, sam mi do rak wpadl w dniu premiery kinowej.

Taaaa, fanka nie bylam, ale kiedy dowiedzialam sie, ze wyprawa na planete Scarif jest jak najbardziej mozliwa do zorganizowania, to strona Expedii sama mi sie otworzyla w firefoxie, sila Mocy zapewne, i zanim zdarzylam sie opamietac, to bilet juz byl wykupiony.

Planeta Scarif to bardzo wazne miejsce w swiecie Gwiezdnych wojen. I bardzo ladnie wygladajace miejsce w swiecie Gwiezdnych wojen. Piekny ocean, palmy, tropikalna plaza. Po prostu raj.

Kiedy ogladalam Lotra 1 w kinie, bylam pewna, ze planeta Scarif wyglada tak jakos... znajomo. Cos mi ona przypominala...
Ale po chwili o tym zapomnialam i zycie toczylo sie dalej.
Az do dnia, kiedy w koncu do mnie dotarlo, ze planeta Scarif to nic innego jak jeden z atoli na Malediwach.
Malediwach!!!



Torbe juz mialam spakowana i siedzialam w samolocie do Dubaju. W Dubaju przesiadlam sie na lot do Male'. To dziwnie nazwane miasto (tak, ten apostrof na koncu to nie pomylka), to stolica Malediwow.

Jednak to nie byl koniec tej podrozy. W Male' zlapalam krajowy lot do wdziecznie brzmiacego miejsca: Kadhdhoo.
Powaznie. Kadhdhoo. Nazwa prosto jak z Gwiezdnych wojen.



Wyspa Kadhdhoo znajduje sie w atolu Laamu na poludniu kraju. Polaczona ona jest z kilkoma innych wyspami najdluzsza asfaltowa droga w calym kraju. 18 kilometrow i kilka mostow. Kadhdhoo to wyspa na ktorej znajduje sie lotnisko i baza wojskowa. Zolnierze z tej bazy byli statystami podczas krecenia filmu Star Wars: Rogue One.


Ta mala plamka to lancuszek wysp atolu Laamu. Bo to tam wlasnie znajduje sie planeta Scarif.

Najwieksza wyspa w atolu to Gan. Zeby bylo weselej, na Malediwach sa trzy wyspy nazwane Gan. Przez pomylke niemal zarezerwowalam bilet na nie ten Gan co trzeba. Na szczescie obsluga w hotelu na wlasciwym Gan uratowala mnie w ostatniej chwili przed totalna kompromitacja, odkrecila moja pomylke i zabukowala bilet na lot tam gdzie powinnam leciec. No coz, geografia malych wyspiarskich panstewek nigdy nie byla moja mocna strona.


Trzy wyspy, na ktorych filmowano akcje na planecie Scarif zaznaczone na czerwono.

Dlugo debatowalam nad tym, gdzie sie zatrzymac na wyspie Gan. Jest tam kilka hoteli. Jeden z nich bardzo agresywnie promuje wycieczki na planete Scarif. Niestety byl duzo mniej agresywny jesli chodzilo o odpowiedzi na moje pytania, takie jak "czy jest TV w kazdym pokoju?" i "czy jest osrodek nurkowania na terenie hotelu?". Hotel nigdy nie odpowiedzial na moje pytania (a poprawne odpowiedzi sa "nie" i "nie").

Zatrzymalam sie wiec w innych hotelu, Reveries Diving Village, i jak sie okazalo, byl to strzal w dziesiatke. W tym to bowiem hotelu kwaterowala sie ekipa filmowa Rogue One. Gwiazdy filmu mieszkaly na luksusowym jachcie, a reszta personelu w hotelach i guesthouse'ach na wyspie Gan.

Juz w recepcji latwo bylo rozpoznac, ze to wlasciwe miejsce:



W Reveries Diving Village znajdowalo sie centrum dowodzenia projektem. Silownia w hotelu zamieniona byla w charakteryzatornie, pracownicy hotelu zostali zatrudnieni do przewozu ekipy motorowkami na wyspy, gdzie krecone byly sceny z filmu. Kazdy musial podpisac klauzule poufnosci, ktora wygasla dopiero po premierze filmu.


I do tego, Reveries mialo i TV w kazdym pokoju i instruktora scuba diving na pelnym etacie.
Mialo tez duzy ekran filmowy w ogrodzie, gdzie jednej nocy, podczas obiadu ogladalismy sobie Rogue One. Pod gwiazdami. Przy szumie oceanu. Niezapomniane wrazenia.


Niemal kazda publikacja o kreceniu Rogue One na Malediwach podaje, ze filmowanie odbywalo sie na wyspie Gan. Niestety, jest to bledna informacja.

Sceny na planecie Scarif krecone byly na tych trzech wyspach:

  • Baresdhoo (w Google maps podane blednie jako Berasdhoo)
  • Holhurahaa (lokalnie znana po prostu jako "Huraa", ale ostroznie, bo na Malediwach jest zatrzesienie wysp o tej samej nazwie), oraz
  • Kuda Fushi, albo Kudafushi, bo obie pisownie sa w uzyciu.


Z Gan na Baresdhoo jest okolo 15 minut motorowka.



Nikt tam w tej chwili nie mieszka. Ta wyspa jest wlasnoscia publiczna, kazdy moze sobie tam podplynac i poogladac. Wkrotce to sie jednak zmieni. Rzad Malediwow ma bardzo ambitny plan, aby zamienic Baresdhoo w wyspe guesthouse'owa.

Turystyka na Malediwach do niedawna byla mozliwa tylko dla ludzi z glebokimi kieszeniami. Ekskluzywne resorty, prywatne wyspy, domki na palach nad lagunami i podwodne restauracje. Tak, to wszystko prawda. W 2009 roku rzad po raz pierwszy pozwolil tubylczej ludnosci na prowadzenie hotelow i pensjonatow na lokalnych wyspach. Pojawilo sie zatrzesienie hotelikow w calym kraju, lepszej i gorszej jakosci.
Ich najwiekszym plusem jest cena. Sa w miare tanie (jak na warunki malediwskie). Mozna sobie pomieszkac pomiedzy lokalnymi ludzmi i zobaczyc jak zyja. Ich codzienne Malediwy i Malediwy ekskluzywnych resortow to dwa rozne swiaty. Najwiekszym minusem lokalnych guesthouse'ow jest brak alkoholu. Malediwy to kraj muzulmanski i alkohol nie jest dostepny na lokalnych wyspach. W prywatnych resortach mozna natomiast pic do woli. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo ja nie pije.

Wedlug planu rzadu, pierwsze guesthouse'y na Baresdhoo maja zostac otwarte w roku 2020. Sa tez ambitne plany aby wybudowac kilka mostow i wydluzyc najdluzsza droge w kraju az do Baresdhoo.

Tak wiec w roku 2020 odwiedzenie jednej czesci planety Scarif stanie sie bardzo latwe.

W tej chwili jednak pozostaje wyprawa motorowka.

A co krecone bylo na Baresdhoo?
Takie sceny, na przyklad:


A tak to wyglada w rzeczywistosci:


To dokladnie ta sama sciezka przez dzungle.



Nie widzielismy zadnych rebeliantow. Jedynie starsza pare z sasiedniej wyspy zbierajaca kokosy.

Na Baresdhoo znajduje sie tez druga lokalizacja, ktora udawala planete Scarif. Zeby tam sie dostac, trzeba przejsc sie wzdluz plazy (niektore odcinki niemozliwe do przejscia podczas przyplywu) i pomaszerowac przez kawalek dzungli.

Plaza wyglada tak:



A widoki z plazy tak:


Ta wlasnie lodka przyplynela starsza para zbierajaca kokosy.

Nie mam kadrow z filmu pokazujacych drugie miejsce na Baresdhoo, dodam je jak bede miala czas obejrzec Star Wars: Rogue One kolejny raz.
Wiem, ze znajdowaly sie tam instalacje Imperium:


Skiper poganial mnie niesamowicie, bo twierdzil, ze musimy dotrzec do kolejnej wyspy, czyli Holhurahaa, podczas odplywu. Nie wiedzialam wowczas dlaczego to takie wazne. Skiper przewozil motorowkami ekipe filmowa i byl naprawde swietnym przewodnikiem. Na co dzien jest on menedzerem w Reveries Diving Village.

Wiec kurcgalopkiem przez dzungle popedzilismy do motorowki.


Wyspa nie jest duza, ale co rusz potykalam sie o kokosy.


Kolejna wyspa, Holhurahaa, lub po prostu Huraa, jak mowia o niej mieszkancy atolu Laamu, znajduje sie okolo 30 minut motorowka od Baresdhoo. Ta przejazdzka moze byc bardzo nieprzyjemna, bo trzeba przeplynac przez dwa kanaly, ktore lacza srodek atolu z otwartym oceanem. Buja, i to bardzo! Ale tylko przez kilka minut.


Lokalna nazwa tej wyspy jest bardzo mylaca, bo niemal w kazdym atolu na Malediwach znajduje sie wyspa "Huraa". Jedna z tych "Huraa" w innym atolu, to popularna wyspa z hotelami i guesthouse'ami. Ale nie Huraa, lub oficjalnie, Holhurahaa, ktora udawala planete Scarif. Ta wyspa jest bezludna.



Zarzucilismy kotwice dobrych 100 metrow od wyspy i maszerowalismy do plazy przez lagune.

A co bylo filmowane na tym skrawku piachu?
To:


A tak to wyglada kilka lat pozniej podczas odplywu i z drugiej strony (z punktu widzenia szturmowcow):


Ocean, slona woda i erozja niemal pozarly resztke pniakow z planety Scarif. Za rok znikna one zupelnie.


Na razie jednak nadal mozna sie cieszyc widokiem slynnych "patykow" z planety Scarif.
Po pstryknieciu kilku zdjec trzeba bylo wracac na lodke i zlowic cos na obiad.



W drodze powrotnej zlapalismy pare ryb, z ktorych dwie wyladowaly na grillu:


I to byl koniec wycieczki na Baresdhoo i Holhurahaa. Te dwie wyspy mozna odwiedzic w jeden dzien. Kudafushi znajduje sie po drugiej stronie atolu, i na ta wyspe trzeba przeznaczyc osobny dzien.

A co bylo filmowane na Kudafushi? Te najbardziej ekscytujace sceny!

Ale o tym bedzie w drugiej czesci raportu z planety Scarif.

c.d.n.

Friday, January 5, 2018

Nowy Rok - nowe postanowienia

2017 nie byl dla mnie zbyt laskawy. Wydarzylo sie wiele. Niestety w wiekszosci niezbyt dobrego.
2017 powitalam na placu Kim Il Sunga w Pjongjangu. Tak, to nie zart.


2018 powitalam w samolocie z Malediwow do Dubaju. Niestety w klasie ekonomicznej.
Przed wylotem bylo jednak tak:



A pomiedzy tymi dwoma okazjami? Bylo wiele wrazen, wydarzen i problemow.

Zniknelam z internetu na kilka miesiecy, zeby wyzdrowiec. Jest lepiej, ale nadal daleka droga przede mna. Te kilka miesiecy uswiadomily mi, jak wazne jest to, aby zyc na calego. Zawsze bylam bardzo YOLO osoba. You only live once. Ale 2017 dal mi takiego ciosa karate, ze postanowilam cieszyc sie z kazdego dnia i z kazdej godziny. Bo to moze byc nasza ostatnia.
Zeszly rok dal mi do zrozumienia jak niezmiernie wazne jest zdrowie. Niby zawsze to wiedzialam, niby to oczywiste. Ale tak naprawde wsiaka to w nasza swiadomosc zawsze o sekunde za pozno. Bez zdrowia, wszystko inne nie ma znaczenia.

Stad tez, pomimo wielu klopotow, ta druga podroz na Malediwy. YOLO.
Chcialam odwiedzic planete Scarif. Wiec odwiedzilam. YOLO.
Bo kto wie, co sie w przyszlosci moze wydarzyc.

W 2018 czeka mnie wiele zmian. Malych, duzych i tych naprawde ogromnych. Mam nadzieje, ze na lepsze.

Nie wiem czy ktos tu jeszcze zaglada.
Jesli tak, to nie obiecuje poprawy.
Nie obiecuje niczego, bo nie wiem co wydarzy sie za dzien, tydzien, czy za godzine.
Moge tylko powiedziec, ze postaram sie pisac.

I to jest wlasnie moje wielkie postanowienie na 2018. Pisac wiecej, czesciej i o wszystkim.
Czy mi sie uda?
Zobaczymy za rok!



Wszystkiego Dobrego w 2018!


Sunday, August 27, 2017

Raport z Dubaju - czesc 2 - z wizyta w The Burj Club Spa

Czesc pierwsza znajduje sie tutaj.



Planow na Dubai mialam wiele. Oprocz spa i wjazdu na Burj Khalifa, chcialam tez pojechac w okolice Burj Al Arab, zrobic wycieczke motorowka po zatoce, zeby poogladac panorame Dubaju z wody, skoczyc na godzinke na narty i odwiedzic Sephore oraz sklep Inglota w Dubai Mall'u.

Wszystko oprocz spa i Burj Khalifa zostalo skasowane ze wzgledu na pozny przyjazd do Dubaju...

Burj Al Arab moglam zobaczyc tylko na pocztowkach, albo bardzo w oddali i niewyraznie z tarasu widokowego w Burj Khalifa.


A tutaj robione najwiekszym zoomem jaki mialam do dyspozycji:

Nastepnym razem na pewno tam pojade. 
Na pewno!

Do Inglota w koncu dotarlam i na wlasne oczy zobaczylam, ze na Bliskim Wschodzie Inglot kosztuje tyle, co MAC u nas w Japonii... Spasowalam... Poczekam, az kiedys znowu Polske odwiedze, albo bede internetowym przyjaciolkom smedzic.

Swoje dubajskie atrakcje zabukowalam na stronie Get Your Guide. Niestety, nie bede linkowac, bo niestety, nie moge ich uslug polecic.

Tu cena akurat jest znosna. 
Niestety, juz po zaplacie, obsluga klienta pozostawiala duzo do zyczenia.


Dlaczego?
Wygorowane ceny i zerowy poziom obslugi klienta.
Ja rozumiem, ze oni odsprzedaja wycieczki organizowane przez inne firmy. I nie byloby w tym nic dziwnego, jesli od razu z mostu by tak powiedzieli, i ze za swoje uslugi kasuja prowizje.
O nie... Gdzie tam. Zamiast uczciwie (co za przestarzaly koncept! uczciwosc!) to zaprezentowac, oni klamia, ze maja najnizsze ceny, i ze oferuja "gwarancje najnizszych cen".

Przyznam, slepo im uwierzylam. Niestety, potem jak znalazlam nizsza cene na ta sama atrakcje na ten sam dzien o tej samej godzinie, i probowalam sie na owa gwarancje powolac, to powiedzieli mi, ze mam dokladnie przeczytac drobny druczek. A tam, drobnym druczkiem stoi jasno i wyraznie, ze ta nizsza "znaleziona" cena ma byc w tej samej walucie w ktorej zaplate kasuje Get Your Guide. Jak latwo sobie wyobrazic, w Emiratach Arabskich obowiazujaca waluta na cenniku to dirham. Get Your Guide kasowal mnie w dolarach. I to byl koniec tej gwarancji.

Chcialam tez anulowac cala rezerwacje, ale Get Your Guide po prostu ignorowal moje maile. Zupelnie, totalnie ignorowal.

Dlaczego chcialam anulowac?
Bo na dwa dni przed wyjazdem ja nadal nie mialam mojego vouchera na wizyte w spa. Na szczescie wlaczyl mi sie w koncu zdrowy rozsadek i skontaktowalam sie z The Burj Club bezposrednio. Oni rowniez nie mieli mojej rezerwacji. Nie mieli pojecia, ze cos zostalo zabukowane przez Get Your Guide, bo Get Your Guide nic im o tym nie powiedzial.

Voucher dostalam od Get Your Guide dopiero kiedy wskoczylam na Twittera i piana poszla mi z pyska.

Tam bylam - Spa w The Burj Club. 
Po prostu raj na ziemi. 

Kiedy podzielilam sie moja niezbyt pochlebna opinia o Get Your Guide z pania menedzer w The Burj Club, ona powiedziala mi, ze przeciez mozna bylo wyslac maila bezposrednio do Clubu i w ten sposob zabukowac wizyte. No ale skad ja mialam o tym wiedziec? Na stronie Clubu tej atrakcji, ktora chcialam, nie bylo. Ale jak sie okazuje, w Dubaju nie ma nic niemozliwego. Trzeba sie tylko zapytac.

Nauczona tym doswiadczeniem, pustynne safari juz zamawialam bezposrednio u firmy, ktora je organizuje. I w ten sposob zaoszczedzilam sobie ponad 40 dolarow. A taka kwota juz piechota nie chodzi, to przeciez szesc sojowych tall dark mocha chip frappuccino. Chyba nawet na ekstra shot espresso w przynajmniej trzech tez by wystarczylo. Ale o pustynnym safari bedzie innym razem.

A tak przy okazji, dlaczego s'mores frappuccino jest tak diabelnie slodkie w Dubaju? Ohyda!



OK, gdzie ja bylam?

Ah, The Burj Club...
Juz narzekalam w poprzednim odcinku, ze bylam spozniona i nie mialam czasu na robienie zdjec na zewnatrz budynku.

Byc moze uda mi sie pozyczyc zdjecie. A moze nie... Nie wiem.

Zamiast wejscia, tutaj jest zdjecie z recepcji do spa:


Zanim sie ktos przyszaruczkuje, informuje, ze zapytalam sie czy moge zrobic zdjecia i opublikowac na blogu wraz z opisem wizyty. Dostalam pozwolenie na robienie zdjec smartphonem wszedzie tam gdzie mi sie chcialo.

Spa jest tylko jedna z czesci The Burj Club. Oprocz tego jest tam tez normalny klub sportowy, dwa baseny i bar.

Drzwi do budynku otwieraja sie tylko wtedy, kiedy osoba na recepcji przycisnie przycisk. Wtedy mozna wejsc.
Weszlam.
Bardzo mila pani zaoferowala mi cos do picia i poprosila aby usiasc. Jedna z pan mendzerek (a jest ich dwie, i nazywaja sie Nicola i Nicole, wcale nie zartuje) przyszla aby sie ze mna przywitac. Ona byla z Poludniowej Afryki, wiec od razu mialysmy o czym rozmawiac. Osobiscie odstawila mnie do recepcji spa, przedstawila mi moja terapeutke i oprowadzila po wlosciach.

Nicola pokazala mi jak uzywac schowkow, ale oczywiscie, jak tylko sie przebralam i szafke zamknelam, to natychmiast zapomnialam jaka kombinacje cyfrowa wybralam. Bo bardziej ekscytujace mysli zaprzataly mi glowe. Niestety pozniej, jak byl czas sie ubrac, to trzeba bylo wolac po pomoc z obslugi budynku, zeby "wlamali" sie do mojej szafki.

Sporo szafek bylo w uzyciu, wiec nie bylam jedyna osoba w damskiej czesci klubu, jednak wydawalo sie, ze mialam cale pietro tylko i wylacznie dla siebie.


Kazda z tych toaletek byla wyposazona w doslownie wszystko. W szufladach byly suszarki, jak i lokowki / prostownice.

W szafkach znajdowaly sie szlafroki, laczki i majtki jednorazowego uzytku. Swieze, wielkie reczniki byly dostepne doslownie na kazdym kroku.


A wszystko czysciutkie i milutkie dla oka.
Prysznicow w spa sa dwa rodzaje. Jeden "normalny" choc dosyc high-tech, z pokretlami i wajchami. A drugi rodzaj, bardzo eksperymentalny, z selekcja taka jak, na przyklad: Burza na Karaibach, Tropikalny Deszcz, Niagara, itd. Te prysznice serwowane sa z efektami swietlnymi i dzwiekowymi. Naciskajac rozne przyciski, niechcacy umylam sobie wlosy burza na Karaibach.
Przypominaly mi one cos rodem ze Star Trek. Az chcialo sie powiedziec "Computer, tropical rain, please."

Chcialam tez doswiadczyc steam room'u (cos w rodzaju sauny), ale nie dosc, ze bylam spozniona, to jeszcze zachowywalam sie jak totalna wiesniaczka w wielkim miescie. Steam room bedzie musial poczekac, choc oczywiscie zrobilam mu zdjecie.



A potem grzecznie podreptalam na lezanki, zeby sie zrelaksowac przed masazem.

No to sie relaksujemy!


Jak widac dubajskie temperatury zrobily niezly numer mojemu tradzikowi rozowatemu.
To na polikach to nie opalenizna. 
To rosacea, ktora zawsze sie zaostrza przy zmianie temperatur.

Choc slynnym zabiegiem tego spa jest facial, ja wybralam masaz. Jestem bardzo wybiorcza jesli chodzi o twarz. Nie mam watpliwosci, ze facial bylby wspanialy, ale nie mialam ochoty ryzykowac. Szczegolnie, ze The Burj Club Spa ma wlasna linie kosmetykow pielegnacyjnych. Nie chcialam spedzic reszty wakacji z pizza zamiast twarzy.

Tak wiec, wybralam godzinny masaz. Po dlugim locie (w klasie ekonomicznej, dopiero w drodze do domu lecialam biznesowa), nalezalo mi sie troche blogiego odpoczynku.

Bylam w wystarczajaco wielu japonskich spach i esthe salonach roznej masci, i w Japonii dobre zabiegi pielegnacyjne, jak i masaze wykonane przez terapeutow z odpowiednia licencja, kosztuja sporo monet. Tak sporo, ze w porownaniu z Japonia, cena w The Burj Club wydawala mi sie smiesznie niska. 125 dolarow za godzinny zabieg w luksusowym spa w jednym z najbardziej slynnych miejsc na swiecie? Ha! Powinnam byla zabukowac dwie godziny.

W miedzyczasie ja sie relaksowalam i podziwialam widoki przez okno.


Dostalam owocki i napoj, a nawet dwa, i nadal sie relaksowalam. Czulam sie jak ksiezniczka naokolo ktorej wszyscy skacza, zeby jej dogodzic. Moglabym tak zyc!


Moja pani terapeutka (za chiny ludowe nie pamietam jak miala na imie, utknelo mi tylko to, ze byla z Kenii i poprzednio pracowala w spa w jakims hotelu w Jumeirah) przyniosla mi ta karte do wypelnienia:


Pytania dotyczyly przeciwwskazan medycznych i oczekiwan odnosnie zabukowanej sesji. Karte wypelnilam, podziwialam widoki i chyba po prostu zasnelam.


W miedzyczasie moj pokoj zabiegowy bye przygotowywany.


Aromaterapia, muzyka, swiatlo, wszystko wedle upodoban goscia. A gosciem przeciez bylam ja!


Dostalam zestaw olejkow do powachania aby wybrac jeden. To byl chyba najslabszy punkt programu. Ja jestem dosyc wyczulona na zapachy i wole raczej te lagodne. Tutaj dwa warianty byly zdecydowanie silnie arabskie. Przynajmniej takie skojarzenia mialam z tymi zapachami. Jeden byl bardzo ziolowy, prawie "hanbang". I ostatni pachnial mi po prostu Japonia. Nuty zielonej herbaty i czegos tam jeszcze. Oczywiscie wybralam ten "japonski".

Polozylam sie na lezance, twarza w dol. Z nosa zaczelo mi kapac. Poprosilam o chusteczki higieniczne, zwinelam je w rolki, wepchnelam do nozdrzy i mialam spokoj. A pani terapeutka zabrala sie do pracy.
Lecz zanim zaczela mnie ugniatac, zadala serie pytan:

  • Jakich czesci ciala unikac?
  • Na jakich czesciach ciala sie skupic?
  • Jaki nacisk uzywac?
  • Czy chce masaz glowy? (Duh! Co za glupie pytanie! Oczywiscie, ze chce!)


Zamknelam oczy i tak zaczela sie moja godzina. Wszystko inne to czas do wlasnej dyspozycji, ktory nie jest wliczony w dlugosc zamowionej wizyty. Odliczanie zaczyna sie w chwili, w ktorej pani terapeutka zaczyna nad nami pracowac.

I powiem tyle. Byla to chyba jedna z najlepiej spedzonych godzin w moim zyciu. Ona naprawde wiedziala co robi. Jak sie potem okazalo, ma trzy rozne licencje jako terapeutka masazu. Nie ma porownania z japonskimi esthe, gdzie panie cos tam pogniota, ale tak w sumie to nie bardzo wiedza na czym to polega.

Kiedy moja godzina minela, a ja wrocilam do rzeczywistosci, bylam bardzo nieszczesliwa. Chcialam wiecej. I bylam juz nawet gotowa zabukowac ten nieszczesny facial na ten sam wieczor (choc nie lubie jak mi inni twarz dotykaja), ale w ostatniej chwili odzyskalam zdrowy rozsadek. Mialam przeciez inny plan na wieczor. Juz nawet oplacony.



Trzeba bylo sie zbierac.
Kiedy ja siedzialam pod prysznicem (normalnym tym razem), pan z security "wlamywal" sie do mojej szafki. A kiedy juz bylam ubrana i gotowa na przebywanie wsrod ludzi, Nicola (pani menedzer) powiedziala mojej terapeutce, zeby zabrac mnie na wycieczke calego obiektu. A obiekt ten, jak sie okazalo, jest bardzo pokaznych rozmiarow.

Health cluby (silownie, czy jak je tam zwal) sa w zasadzie dwa. Jeden mieszany, a drugi wylacznie dla pan.


Baseny rowniez sa dwa. Jeden wewnatrz budynku, ma 25 metrow, w poniedzialki jest wylacznie dla pan.


Moglam korzystac z basenow, nawet mi to zasugerowano, ale po prostu nie mialam juz czasu.

Drugi basen jest odkryty i znajduje sie na dachu.
Tutaj, co o nim jest napisane, na stronie The Burj Club:


Jest tam i basen i bar, i juice bar i widoki na Dubaj i na Burj Khalifa.
Tez zaproszono mnie do skorzystania, ale nie wyszlo. Choc przyznam szczerze, mialam wielka ochote. Co mnie skutecznie zniechecilo to fakt, ze basen byl akurat w uzyciu przez grupe rosyjskich osilkow wraz z ich sztucznie napompowanymi, usmazonymi na sloncu i ociekajacymi olejem kobietami. Niestety, nie odnajduje sie w takim towarzystwie.
Jak bylo widac, kasy mozna miec w brod, a klasy wcale. Ja tam wole towarzystwo bardziej podobne do mnie, bez kasy i bez klasy.

Ale widoki byly swietne.


Zdjec w strone Burj Khalifa nie bardzo moglam robic, bo akurat ta czesc byla zajeta przez rosyjskich goryli. Wolalam ich nie draznic.

Mozna usiasc i zamowic drinka.



Mozna patrzec na swiat.


Bardzo chcialam usiasc, ale zanim sie zorientowalam, byla juz prawie czwarta po poludniu i ja musialam gnac do mojej kolejnej "atrakcji". Ponad trzy godziny minely jak z bicza strzelil. Oczywiscie znowu bylam spozniona, wiec zapytalam sie Nicoli czy istnieje mozliwosc przejscia do Visitors' Desk w Burj Khalifa jakimis tajemnymi korytarzami na skroty.
Pewnie, ze istniala! Bylam tam, gdzie mialam byc w mniej wiecej piec minut.

Podsumowujac...

Chce tam wrocic. Zamowic ten facial. Nawet jak mi twarz zezre, to uwazam, ze dla samych widokow warto pocierpiec.


I na pewno tam wroce. Juz kombinuje jakby zorganizowac troche wolnego w grudniu i uciec od okropnych japonskich zimowych temperatur. Bo co jak co, ale zimy w moim kawalku Japonii to koszmarek.

Ja wole takie klimaty:


Przez caly rok.