Sunday, August 27, 2017

Raport z Dubaju - czesc 2 - z wizyta w The Burj Club Spa

Czesc pierwsza znajduje sie tutaj.



Planow na Dubai mialam wiele. Oprocz spa i wjazdu na Burj Khalifa, chcialam tez pojechac w okolice Burj Al Arab, zrobic wycieczke motorowka po zatoce, zeby poogladac panorame Dubaju z wody, skoczyc na godzinke na narty i odwiedzic Sephore oraz sklep Inglota w Dubai Mall'u.

Wszystko oprocz spa i Burj Khalifa zostalo skasowane ze wzgledu na pozny przyjazd do Dubaju...

Burj Al Arab moglam zobaczyc tylko na pocztowkach, albo bardzo w oddali i niewyraznie z tarasu widokowego w Burj Khalifa.


A tutaj robione najwiekszym zoomem jaki mialam do dyspozycji:

Nastepnym razem na pewno tam pojade. 
Na pewno!

Do Inglota w koncu dotarlam i na wlasne oczy zobaczylam, ze na Bliskim Wschodzie Inglot kosztuje tyle, co MAC u nas w Japonii... Spasowalam... Poczekam, az kiedys znowu Polske odwiedze, albo bede internetowym przyjaciolkom smedzic.

Swoje dubajskie atrakcje zabukowalam na stronie Get Your Guide. Niestety, nie bede linkowac, bo niestety, nie moge ich uslug polecic.

Tu cena akurat jest znosna. 
Niestety, juz po zaplacie, obsluga klienta pozostawiala duzo do zyczenia.


Dlaczego?
Wygorowane ceny i zerowy poziom obslugi klienta.
Ja rozumiem, ze oni odsprzedaja wycieczki organizowane przez inne firmy. I nie byloby w tym nic dziwnego, jesli od razu z mostu by tak powiedzieli, i ze za swoje uslugi kasuja prowizje.
O nie... Gdzie tam. Zamiast uczciwie (co za przestarzaly koncept! uczciwosc!) to zaprezentowac, oni klamia, ze maja najnizsze ceny, i ze oferuja "gwarancje najnizszych cen".

Przyznam, slepo im uwierzylam. Niestety, potem jak znalazlam nizsza cene na ta sama atrakcje na ten sam dzien o tej samej godzinie, i probowalam sie na owa gwarancje powolac, to powiedzieli mi, ze mam dokladnie przeczytac drobny druczek. A tam, drobnym druczkiem stoi jasno i wyraznie, ze ta nizsza "znaleziona" cena ma byc w tej samej walucie w ktorej zaplate kasuje Get Your Guide. Jak latwo sobie wyobrazic, w Emiratach Arabskich obowiazujaca waluta na cenniku to dirham. Get Your Guide kasowal mnie w dolarach. I to byl koniec tej gwarancji.

Chcialam tez anulowac cala rezerwacje, ale Get Your Guide po prostu ignorowal moje maile. Zupelnie, totalnie ignorowal.

Dlaczego chcialam anulowac?
Bo na dwa dni przed wyjazdem ja nadal nie mialam mojego vouchera na wizyte w spa. Na szczescie wlaczyl mi sie w koncu zdrowy rozsadek i skontaktowalam sie z The Burj Club bezposrednio. Oni rowniez nie mieli mojej rezerwacji. Nie mieli pojecia, ze cos zostalo zabukowane przez Get Your Guide, bo Get Your Guide nic im o tym nie powiedzial.

Voucher dostalam od Get Your Guide dopiero kiedy wskoczylam na Twittera i piana poszla mi z pyska.

Tam bylam - Spa w The Burj Club. 
Po prostu raj na ziemi. 

Kiedy podzielilam sie moja niezbyt pochlebna opinia o Get Your Guide z pania menedzer w The Burj Club, ona powiedziala mi, ze przeciez mozna bylo wyslac maila bezposrednio do Clubu i w ten sposob zabukowac wizyte. No ale skad ja mialam o tym wiedziec? Na stronie Clubu tej atrakcji, ktora chcialam, nie bylo. Ale jak sie okazuje, w Dubaju nie ma nic niemozliwego. Trzeba sie tylko zapytac.

Nauczona tym doswiadczeniem, pustynne safari juz zamawialam bezposrednio u firmy, ktora je organizuje. I w ten sposob zaoszczedzilam sobie ponad 40 dolarow. A taka kwota juz piechota nie chodzi, to przeciez szesc sojowych tall dark mocha chip frappuccino. Chyba nawet na ekstra shot espresso w przynajmniej trzech tez by wystarczylo. Ale o pustynnym safari bedzie innym razem.

A tak przy okazji, dlaczego s'mores frappuccino jest tak diabelnie slodkie w Dubaju? Ohyda!



OK, gdzie ja bylam?

Ah, The Burj Club...
Juz narzekalam w poprzednim odcinku, ze bylam spozniona i nie mialam czasu na robienie zdjec na zewnatrz budynku.

Byc moze uda mi sie pozyczyc zdjecie. A moze nie... Nie wiem.

Zamiast wejscia, tutaj jest zdjecie z recepcji do spa:


Zanim sie ktos przyszaruczkuje, informuje, ze zapytalam sie czy moge zrobic zdjecia i opublikowac na blogu wraz z opisem wizyty. Dostalam pozwolenie na robienie zdjec smartphonem wszedzie tam gdzie mi sie chcialo.

Spa jest tylko jedna z czesci The Burj Club. Oprocz tego jest tam tez normalny klub sportowy, dwa baseny i bar.

Drzwi do budynku otwieraja sie tylko wtedy, kiedy osoba na recepcji przycisnie przycisk. Wtedy mozna wejsc.
Weszlam.
Bardzo mila pani zaoferowala mi cos do picia i poprosila aby usiasc. Jedna z pan mendzerek (a jest ich dwie, i nazywaja sie Nicola i Nicole, wcale nie zartuje) przyszla aby sie ze mna przywitac. Ona byla z Poludniowej Afryki, wiec od razu mialysmy o czym rozmawiac. Osobiscie odstawila mnie do recepcji spa, przedstawila mi moja terapeutke i oprowadzila po wlosciach.

Nicola pokazala mi jak uzywac schowkow, ale oczywiscie, jak tylko sie przebralam i szafke zamknelam, to natychmiast zapomnialam jaka kombinacje cyfrowa wybralam. Bo bardziej ekscytujace mysli zaprzataly mi glowe. Niestety pozniej, jak byl czas sie ubrac, to trzeba bylo wolac po pomoc z obslugi budynku, zeby "wlamali" sie do mojej szafki.

Sporo szafek bylo w uzyciu, wiec nie bylam jedyna osoba w damskiej czesci klubu, jednak wydawalo sie, ze mialam cale pietro tylko i wylacznie dla siebie.


Kazda z tych toaletek byla wyposazona w doslownie wszystko. W szufladach byly suszarki, jak i lokowki / prostownice.

W szafkach znajdowaly sie szlafroki, laczki i majtki jednorazowego uzytku. Swieze, wielkie reczniki byly dostepne doslownie na kazdym kroku.


A wszystko czysciutkie i milutkie dla oka.
Prysznicow w spa sa dwa rodzaje. Jeden "normalny" choc dosyc high-tech, z pokretlami i wajchami. A drugi rodzaj, bardzo eksperymentalny, z selekcja taka jak, na przyklad: Burza na Karaibach, Tropikalny Deszcz, Niagara, itd. Te prysznice serwowane sa z efektami swietlnymi i dzwiekowymi. Naciskajac rozne przyciski, niechcacy umylam sobie wlosy burza na Karaibach.
Przypominaly mi one cos rodem ze Star Trek. Az chcialo sie powiedziec "Computer, tropical rain, please."

Chcialam tez doswiadczyc steam room'u (cos w rodzaju sauny), ale nie dosc, ze bylam spozniona, to jeszcze zachowywalam sie jak totalna wiesniaczka w wielkim miescie. Steam room bedzie musial poczekac, choc oczywiscie zrobilam mu zdjecie.



A potem grzecznie podreptalam na lezanki, zeby sie zrelaksowac przed masazem.

No to sie relaksujemy!


Jak widac dubajskie temperatury zrobily niezly numer mojemu tradzikowi rozowatemu.
To na polikach to nie opalenizna. 
To rosacea, ktora zawsze sie zaostrza przy zmianie temperatur.

Choc slynnym zabiegiem tego spa jest facial, ja wybralam masaz. Jestem bardzo wybiorcza jesli chodzi o twarz. Nie mam watpliwosci, ze facial bylby wspanialy, ale nie mialam ochoty ryzykowac. Szczegolnie, ze The Burj Club Spa ma wlasna linie kosmetykow pielegnacyjnych. Nie chcialam spedzic reszty wakacji z pizza zamiast twarzy.

Tak wiec, wybralam godzinny masaz. Po dlugim locie (w klasie ekonomicznej, dopiero w drodze do domu lecialam biznesowa), nalezalo mi sie troche blogiego odpoczynku.

Bylam w wystarczajaco wielu japonskich spach i esthe salonach roznej masci, i w Japonii dobre zabiegi pielegnacyjne, jak i masaze wykonane przez terapeutow z odpowiednia licencja, kosztuja sporo monet. Tak sporo, ze w porownaniu z Japonia, cena w The Burj Club wydawala mi sie smiesznie niska. 125 dolarow za godzinny zabieg w luksusowym spa w jednym z najbardziej slynnych miejsc na swiecie? Ha! Powinnam byla zabukowac dwie godziny.

W miedzyczasie ja sie relaksowalam i podziwialam widoki przez okno.


Dostalam owocki i napoj, a nawet dwa, i nadal sie relaksowalam. Czulam sie jak ksiezniczka naokolo ktorej wszyscy skacza, zeby jej dogodzic. Moglabym tak zyc!


Moja pani terapeutka (za chiny ludowe nie pamietam jak miala na imie, utknelo mi tylko to, ze byla z Kenii i poprzednio pracowala w spa w jakims hotelu w Jumeirah) przyniosla mi ta karte do wypelnienia:


Pytania dotyczyly przeciwwskazan medycznych i oczekiwan odnosnie zabukowanej sesji. Karte wypelnilam, podziwialam widoki i chyba po prostu zasnelam.


W miedzyczasie moj pokoj zabiegowy bye przygotowywany.


Aromaterapia, muzyka, swiatlo, wszystko wedle upodoban goscia. A gosciem przeciez bylam ja!


Dostalam zestaw olejkow do powachania aby wybrac jeden. To byl chyba najslabszy punkt programu. Ja jestem dosyc wyczulona na zapachy i wole raczej te lagodne. Tutaj dwa warianty byly zdecydowanie silnie arabskie. Przynajmniej takie skojarzenia mialam z tymi zapachami. Jeden byl bardzo ziolowy, prawie "hanbang". I ostatni pachnial mi po prostu Japonia. Nuty zielonej herbaty i czegos tam jeszcze. Oczywiscie wybralam ten "japonski".

Polozylam sie na lezance, twarza w dol. Z nosa zaczelo mi kapac. Poprosilam o chusteczki higieniczne, zwinelam je w rolki, wepchnelam do nozdrzy i mialam spokoj. A pani terapeutka zabrala sie do pracy.
Lecz zanim zaczela mnie ugniatac, zadala serie pytan:

  • Jakich czesci ciala unikac?
  • Na jakich czesciach ciala sie skupic?
  • Jaki nacisk uzywac?
  • Czy chce masaz glowy? (Duh! Co za glupie pytanie! Oczywiscie, ze chce!)


Zamknelam oczy i tak zaczela sie moja godzina. Wszystko inne to czas do wlasnej dyspozycji, ktory nie jest wliczony w dlugosc zamowionej wizyty. Odliczanie zaczyna sie w chwili, w ktorej pani terapeutka zaczyna nad nami pracowac.

I powiem tyle. Byla to chyba jedna z najlepiej spedzonych godzin w moim zyciu. Ona naprawde wiedziala co robi. Jak sie potem okazalo, ma trzy rozne licencje jako terapeutka masazu. Nie ma porownania z japonskimi esthe, gdzie panie cos tam pogniota, ale tak w sumie to nie bardzo wiedza na czym to polega.

Kiedy moja godzina minela, a ja wrocilam do rzeczywistosci, bylam bardzo nieszczesliwa. Chcialam wiecej. I bylam juz nawet gotowa zabukowac ten nieszczesny facial na ten sam wieczor (choc nie lubie jak mi inni twarz dotykaja), ale w ostatniej chwili odzyskalam zdrowy rozsadek. Mialam przeciez inny plan na wieczor. Juz nawet oplacony.



Trzeba bylo sie zbierac.
Kiedy ja siedzialam pod prysznicem (normalnym tym razem), pan z security "wlamywal" sie do mojej szafki. A kiedy juz bylam ubrana i gotowa na przebywanie wsrod ludzi, Nicola (pani menedzer) powiedziala mojej terapeutce, zeby zabrac mnie na wycieczke calego obiektu. A obiekt ten, jak sie okazalo, jest bardzo pokaznych rozmiarow.

Health cluby (silownie, czy jak je tam zwal) sa w zasadzie dwa. Jeden mieszany, a drugi wylacznie dla pan.


Baseny rowniez sa dwa. Jeden wewnatrz budynku, ma 25 metrow, w poniedzialki jest wylacznie dla pan.


Moglam korzystac z basenow, nawet mi to zasugerowano, ale po prostu nie mialam juz czasu.

Drugi basen jest odkryty i znajduje sie na dachu.
Tutaj, co o nim jest napisane, na stronie The Burj Club:


Jest tam i basen i bar, i juice bar i widoki na Dubaj i na Burj Khalifa.
Tez zaproszono mnie do skorzystania, ale nie wyszlo. Choc przyznam szczerze, mialam wielka ochote. Co mnie skutecznie zniechecilo to fakt, ze basen byl akurat w uzyciu przez grupe rosyjskich osilkow wraz z ich sztucznie napompowanymi, usmazonymi na sloncu i ociekajacymi olejem kobietami. Niestety, nie odnajduje sie w takim towarzystwie.
Jak bylo widac, kasy mozna miec w brod, a klasy wcale. Ja tam wole towarzystwo bardziej podobne do mnie, bez kasy i bez klasy.

Ale widoki byly swietne.


Zdjec w strone Burj Khalifa nie bardzo moglam robic, bo akurat ta czesc byla zajeta przez rosyjskich goryli. Wolalam ich nie draznic.

Mozna usiasc i zamowic drinka.



Mozna patrzec na swiat.


Bardzo chcialam usiasc, ale zanim sie zorientowalam, byla juz prawie czwarta po poludniu i ja musialam gnac do mojej kolejnej "atrakcji". Ponad trzy godziny minely jak z bicza strzelil. Oczywiscie znowu bylam spozniona, wiec zapytalam sie Nicoli czy istnieje mozliwosc przejscia do Visitors' Desk w Burj Khalifa jakimis tajemnymi korytarzami na skroty.
Pewnie, ze istniala! Bylam tam, gdzie mialam byc w mniej wiecej piec minut.

Podsumowujac...

Chce tam wrocic. Zamowic ten facial. Nawet jak mi twarz zezre, to uwazam, ze dla samych widokow warto pocierpiec.


I na pewno tam wroce. Juz kombinuje jakby zorganizowac troche wolnego w grudniu i uciec od okropnych japonskich zimowych temperatur. Bo co jak co, ale zimy w moim kawalku Japonii to koszmarek.

Ja wole takie klimaty:


Przez caly rok.

Thursday, August 24, 2017

Raport z Dubaju, czesc 1

Kompletnie w tej Japonii zdziadzialam. W Tokio bywam bardzo rzadko, do ekskluzywnych restauracji nie chadzam, ciuchy kupuje albo w Montbell, albo w GAPie, Uniqlo, lub po prostu w lumpeksie. Wlosy zazwyczaj sciagam w kucyka i jak jezdze samochodem, to mam czapke na glowie. W ten sposob znacznie rzadziej zostaje zatrzymywana przez drogowke, ktora jak tylko widzi blond leb, to automatycznie macha, zeby stanac.

Nie wiem nawet jak wielki swiat wyglada. W zachodnim wielkim miescie nie bylam juz chyba z ponad 12 lat. Jak nie wiecej. Seule, Tajpeje, Pekiny i Kuala Lumpury sie nie licza. Bo to takie inne wersje Azji. A Azje mam na co dzien.

I tu nagle takiej wiesniaczce jak ja przyszlo spedzic dwa dni w Dubaju. W Dubaju! I to w cale nie przypadek, ze "w Dubaju" rymuje sie z "w raju"... Tak, tak, wiem, wiem, Dubaj to tez technicznie Azja. Ale praktycznie, to dla mnie bardziej Disneyland niz rzeczywiste miasto.

Tak jak duzych miast nie znosze, to w Dubaju moglabym zamieszkac. I mieszkac tam sobie do konca zycia. I tak jak Abu Dhabi przyprawia mnie o odruch wymiotny, to Dubaj to moje marzenie.



Mialam dlugi i szczegolowy plan zaplanowany na moj pierwszy dzien. Niestety z powodu tajfunu wylecielismy z Tokio opoznieni. I wyladowalismy opoznieni. I tak to moj plan szlag trafil, a ja musialam zadowolic sie resztkami dnia. Wiec wybralam dwie najbardziej ekskluzywne resztki, ktore juz mialam zabukowane i oplacone. A mianowicie, wizyte w Spa w The Burj Club, i wjazd na Burj Khalifa. Na szczescie dla mnie, jak sama nazwa wskazuje, The Burj Club rowniez znajduje sie w Burj Khalifa, tyle ze na dole w czesci rezydencyjnej.

Moja obsesja z Dubajem zaczela sie lata temu, kiedy namietnie czytalam blogi dziewczyn, ktore przekonwertowaly sie na islam i powychodzily za maz za panow mieszkajacych na Bliskim Wschodzie. Nie wiem dlaczego je czytalam. Pewnie z tego samego powodu dla ktorego ludzie zwalniaja, zeby popatrzec na wypadki samochodowe.

Szczegolnie w pamiec zapadl mi blog pewnej dziewczyny z Irlandii. Mlodziutka, dopiero co skonczyla 18 lat, przeszla na islam, bo poznala jakiegos starszego, bogatego Saudyjczyka. Zostala jego druga zona. Oczywiscie bez oficjalnego slubu w Arabii Saudyjskiej. Anyway, ow maz, zainstalowal ja w mieszkaniu w Burj Khalifa wlasnie (przynajmniej tak pisala) i nawet jej mama sie do niej sprowadzila z Irlandii. Maz przyjezdzal z Arabii na wizyty malzenskie raz na miesiac, a jak go nie bylo to ona pilnie zaslaniala twarz, uczyla sie arabskiego i chodzila na zakupy do roznych mall'ow w Dubaju. Miala tez obsesje na punkcie drogich samochodow. Marzyly jej sie jazdy probne Ferrari i Lamborghini i takie tam. Ponoc maz jej obiecal, ze takie jazdy zorganizuje, ale za kazdym razem, jak mialo byc juz i teraz, to nagle okazywalo sie, ze mial jakas wymowke. Dziewczyna oczywiscie slepo mu wierzyla.

Lamborghini na zywo nie zauwazylam, albo nie patrzylam uwaznie. 
Za to w oczy rzucil mi sie ten oto McLaren. 

Nie wiem co sie stalo z jej blogiem. Szukalam go kilka lat pozniej, ale juz nie znalazlam. A szkoda, bo byl fenomenalny. I pewnie niejedna malolata, ktora go czytala postanowila pojsc w jej slady. I wcale im sie nie dziwie. Nie najgorszy wybor zyciowy dla cwanej dziewczyny. O ile kasa plynie, zycie sie toczy... A wizyte malzenska raz na miesiac da sie wytrzymac. Szczegolnie jesli dziewczyna caly czas ma w pamieci powod dla ktorego sie tak poswieca, czyli karte kredytowa meza. Cynicznie? Pewnie! Ale niech mi nikt nie wmawia, ze ona tak z milosci... Z milosci do Lamborghini chyba.



Czytalam tez bloga pewnej Polki, ktora, o ile sie nie myle, rowniez mieszka(la) w Burj Khalifa. I jeszcze bloga innej dziewczyny, ktora nawet opisala swoje wizyty w The Burj Club Spa.
I zawsze kiedy czytalam, tak sobie myslalam, "gdybym tylko byla mloda i bardziej urodziwa, to tez chcialabym kawalek takiego zycia."

Ale jest jak jest i ogolnie nie moge narzekac. Dubaj bedzie w wakacje. A w miedzyczasie mialam szanse na spedzenia ogryzka dnia robiac to, co lubie najbardziej. Czyli, udajac rozbestwiona ksiezniczke.

The Burj Club to ekskluzywny health club i spa w jednym. A znajduje sie w chyba najbardziej rozpoznawalnym miejscu na swiecie. W Burj Khalifa. Symbolu Dubaju.

Zanim jednak do The Burj Club dotarlam, to musialam stawic sie w Copthorne Airport Hotelu, gdzie mialam spedzic moj Dubai Connect.
Dubai Connect to taki dlugi layover, kiedy Emirates (linia lotnicza) zapewnia hotel i wyzywienie. Mnie akurat Dubai Connect przyslugiwal, ale malo co bym go nie dostala. Pani z obslugi Emirates na lotnisku w Tokio usilowala wmowic mi, ze nie zarejestrowalam sie na Dubai Connect na stronie linii lotniczych. Oczywiscie, ze sie zarejestrowalam. Na szczescie zrobilam wydruk zrzutu ekranu. Byla bardzo niezadowolona, kiedy musiala mi dac moj hotelowy voucher.

Wykladzina byla tak brudna, ze balam sie zdjac buty. 
W koncu buty zdjelam, ale chodzilam w skarpetkach. 
Skarpetki wyrzucilam do kosza nastepnego dnia.

Copthorne Airport Hotel to syf, kila i mogila. Tranzytowe ghetto dla podroznych. Nie wyglada jak na zdjeciach. To niby czterogwiazdkowy hotel, ktory w rzeczywistosci nie dostalby nawet dwoch gwiazdek. Ale byl darmowy i polozony blisko stacji metra (GGICO), wiec nie narzekalam. Zaczelam dopiero narzekac wieczorem, jak ukradziono mi w hotelowej restauracji folder z moimi podroznymi wydrukami, w tym rowniez z karta pokladowa na kolejny lot. Mialam wiecej szczescia niz rozumu, bo zazwyczaj wkladalam do tego folderu rowniez paszport. Ale paszport byl akurat w torebce. Inaczej moje wakacje skonczylyby sie zanim jeszcze sie zaczely.

A tak oto prezentowal sie widok z okna pokoju. Bleh...

Do tego trzeba placic za wi-fi (15 dolarow za dwie godziny, czy cos takiego, juz nie pamietam). W lobby koczuje cala masa naganiaczy na wycieczki, ktorzy nawet nie sa pracownikami hotelu.

Ale bardzo wiele jestem w stanie wybaczyc, bo mieli grillowane pieczarki. 
Pieczarki!! 
Chyba od roku snily mi sie te nieszczesne pieczarki, tyle, ze w occie.

Niesmaczne jedzenie, brudna restauracja, i personel, ktory jest tam z musu, i ktoremu wszystko wisi. Jeden z wycieczkowych naganiaczy szedl za mna az do windy, i powiem szczerze, troche sie przestraszylam. Wsciekly byl, ze nie chcialam kupic ani wycieczki, ani zamowic taxi, ani nic.

W recepcji nie bardzo chetnie chcieli sie podzielic informacja jak dojsc do stacji metra, a przeciez widzialam na mapach google, ze byla blisko. Jednak nie mialam wi-fi, a mapy nie mialam w trybie offline. Pewnie w recepcji sa w zmowie z naganiaczami z lobby, wiec kierowanie ludzi do metra im sie nie oplaca.

W koncu pan fryzjer za zakretem powiedzial mi, zeby przejsc wzdluz przez caly hotel, wyjsc od tylu i drozka dreptac az do ulicy. Po drugiej stronie ulicy byla stacja metra. Calosc zajela mniej niz dwie minuty.

Ja bardzo chetnie pojechalabym do miasta taksowka, ale tyle sie naczytalam o tym dubajskim metrze, ze po prostu musialam osobiscie tego doswiadczyc.

Tak, musialam zrobic transfer i jezdzic obiema liniami. 
Nie z przymusu, ale z wewnetrznego musu. 
Inaczej nie bylabym soba.

I powiem tyle, warto bylo. Dubajskie metro jest naprawde swietne.
Kupilam bilet na pierwsza klase (gold class cabin, tani byl!) i podziwialam widoki.

Caly wagon mialam poczatkowo dla siebie.

Akurat w strone do miasta gold class cabin bylo z samego przodu pociagu, a ze nie ma ani kierowcy ani motorniczego, mozna udawac, ze samemu sie pociag prowadzi.



I tak sobie tym metrem jezdzilam, ze zupelnie zapomnialam, ktora byla godzina. Do tego ciapa jestem i nie przestawilam zegarka. Nie bylam spiaca, ani zmeczona, wiec na czas nie zwracalam uwagi. Niestety moje spa w The Burj Club zabukowane bylo na 13-sta. Mialam sie tam stawic o 12:30.
A tu nagle 12:30, a ja ciagle w metrze!



Wysiadlam na stacji Burj Khalifa myslac, ze powinno byc blisko i postanowilam pojsc na latwizne. Polecialam na dol, zeby zlapac taksowke.



Taksowka akurat stanela, bo ktos wysiadal. Lucky! Niestety, pan kierowca wpadl troche w panike, jak mu powiedzialam, ze chce aby mnie zawiozl do wejscia dla rezydentow w Burj Khalifa.

Tak, wiem, ze Burj Khalifa stala techniczne po drugiej stronie ulicy. Ale ulica byla szeroka, po drugiej stronie furczala budowa pelna para, a ja nie mialam pojecia, gdzie to wejscie dla mieszkancow mialo byc.

Niestety, moj swiezo z Bangladeszu pan kierowca tez nie wiedzial. A moze nie wierzyl mi, ze tam chce jechac. Tak, wiem, wiem. Nie wygladam na kogos kto mieszkalby w Burj Khalifa. Nie wygladam nawet na kogos, kto mialby znajomych mieszkajacych w Burj Khalifa. A ze jestem stara i biala, i poszargana, to juz na pewno nie pracuje jako pomoc domowa u ludzi, ktorzy w Burj Khalifa mieszkaja.

W koncu dal sie przekonac, zeby jechac w strone wiezy. Niestety podjechal od tylu, tam gdzie stoja Lexusy i Mercedesy z kierowcami, ktore czekaja na Allah wie kogo.
Kazal mi wysiadac i odmowil wziecia pieniedzy za przejazdzke. Nie zart. Nie chcial kasy. Odjechal tak szybko jakby mu sie dom palil.

A ja nie mialam wyjscia i przy 45 stopniowym upale (ale pokryta filtrami, z parasolka i w ochraniaczach na ramionach) zaczelam dziarsko maszerowac wewnetrzna droga, zdecydowanie nie przeznaczona dla gosci.
Pan ochroniarz niezle sie zdziwil jak zobaczyl zgrzana i zszargana babe wylazaca zza krzakow ZA punktem security, a nie przed. Ale grzecznie zadzwonil do spa, potwierdzil, ze ja to jednak ja i pokierowal mnie we wlasciwym kierunku.

Niestety bylam wtedy juz tragicznie spozniona, wiec nie mialam ani glowy, ani czasu, zeby pstrykac zdjecia od zewnatrz. Myslalam, ze uda mi sie zrobic kilka fot jak bede wychodzic, ale tak sie zlozylo, ze nie wyszlam.

ciag dalszy nastapi...

Czesc druga jest tutaj.


Saturday, July 29, 2017

Zycie z filtrami - krem z filtrem czy filtr w kremie?

Full disclosure: 
Za tydzien lece na Malediwy. Bedzie slonce, plaza, snorkowanie. Nie zamierzam sie opalac. Wrecz przeciwnie. Zamierzam chronic sie przed sloncem jak tylko mozliwe.
zrodlo: https://www.instagram.com/maldivesisles/


Kiedy czytam polskie strony urodowe, to czasem sie zgadzam, czasem sie dziwie, czasem sie smieje, a czasem nie bardzo rozumiem o co im chodzi. I to bynajmniej nie z powodu bariery jezykowej.

Lato mamy w pelni, a wraz z nim wysyp wpisow na blogach i stronach roznej masci na temat opalania, kremow do opalania, kremow z filtrem i przykladow, ze fizyka naprawde trudna jest.

Zacznijmy od mojego internetowego ulubienca - "kremu do opalania". Albo jeszcze lepiej "kremu do bezpiecznego opalania".
Osoby piszace te frazy chyba nie bardzo rozumieja czym jest opalanie. Opalanie to nic innego jak poparzenie, tyle ze rozciagniete w czasie i przyjmowane w dozach, ktore podczas procesu parzenia skory nie sprawiaja zbyt duzego bolu.
Czy istnieje cos takiego jak "bezpieczne opalanie"? Wiele osob powie, ze tak.
A jesli zamienimy slowa na "bezpieczne poparzenie"? Tutaj kazdy spojrzy na ciebie z politowaniem, ze takie glupie pytanie zadajesz.

Ale jednak mit "bezpiecznego opalania" wciaz jest szeroko rozpowszechniany. Nawet przez same firmy kosmetyczne, ktore specyfiki do "bezpiecznego opalania" produkuja. Ja rozumiem, ze zarabiac trzeba, ze opalenizna jest w modzie, ze spalone twarze i ciala to najlepsi klienci w pozniejszych latach na kosmetyki anti-aging. Ja wiem, ze to biznes, i ze liczy sie tylko kasa.

Problem w tym, ze nawet "poradniki" i "eksperci", ktorzy powinni wiedziec lepiej, tez ten mit propaguja. Strona poradnikzdrowie.pl natychmiast przychodzi tu na mysl. Nie bede linkowac do tych idiotyzmow, bo to nie poradnik zdrowia, a poradnik jak bezbolesnie postarzyc swoja skore o kilkanascie lat z duzym prawdopodobienstwem raka skory jako ekstra bonusik.

No a teraz o specyfikach do bezpiecznego poparzenia, ahem... opalania.

Serio?


Naprawde?
To screenshot z wyzej wymienionej strony.
Kim sa ich eksperci, nie mam pojecia. Ale jesli to poziom ich wiedzy, to nic dziwnego, ze Polska jest w pierwszej dwudziestce krajow swiata z powodu smiertelnosci na raka skory.
Dokladniej, Polska jest na 18 miejscu. Japonia na 157.

zrodlo: http://www.worldlifeexpectancy.com/cause-of-death/skin-cancers/by-country/

Najsmutniejsze jest to, ze brunetki czytajace te bzdury moga naprawde uwierzyc, ze SPF12 bedzie je chronil przed sloncem.
Nasze brunetki moga rowiez myslec, ze przez 20 minut pobyt na sloncu bez ochrony jest dla nich bezpieczny. Moga nie zdawac sobie sprawy z tego ze promieniowanie UVA dociera do nas nawet w pochmurne dni, ze przenika przez szyby (jesli nie sa to specjalne szyby blokujace UV) i ze to wlasnie UVA odpowiedzialne jest za starzenie sie naszej skory. Zmiany spowodowane przez UVA sa nieodwracalne.

Natomiast promieniowanie UVB to wlasnie to co parzy nasza skore.
Tabelki, jak ta powyzej, skupiaja sie na dzialaniu UVB, i zupelnie ignoruja duzo bardziej niebezpieczniejsze promieniowanie UVA.

Ale tak dla zabawy, wezmy te nieszczesne 20 minut bez ochrony przed sloncem dla brunetek. Zalozmy bardzo konserwatywnie, ze chodzi tu o maksymalnie 20 minut dziennie. W ciagu roku daje nam to 7300 minut, czyli prawie 122 godziny.

O ile nikt przy zdrowych zmyslach nie siedzialby przez non stop 122 godziny na sloncu uwazajac to za monstrualna glupote, o tyle ta sama glupota, rozlozona na 20 minut dziennie jest jakims cudem podawana jako bezpieczna?
A ile to godzin jesli pomnozymy ten bardzo konserwatywny wynik (bo zazwyczaj spedzamy wiecej niz 20 minut dziennie wystawieni na dzialanie promieni UV) przez 10, 20 lub 30 lat?

Taaaa... ciesz sie tymi zmarszczkami w wieku 25 lat i szukaj potem magicznych azjatyckich kosmetykow, zeby te zmarchy jakos "wyprasowac"...
Tak na marginesie, tutaj cala tajemnica dlaczego "Japonki sie nie starzeja". To nie zasluga magicznych azjatyckich kosmetykow. To rezultat uzywania filtrow juz od dziecka.

Nie bede juz wspominac o srodkach do "bezpiecznego opalania" z SPF 6, bo to niemal kryminalne, ze firmy kosmetyczne takie produkty glupim kobietom wciskaja. I to nawet firmy kosmetyczne, o ktorych mialam poprzednio dobre zdanie, jak na przyklad Bandi.pl.

Zostawie ten screenshot tutaj dla przestrogi:



A internety i tak pieja z zachwytu nad tym produktem.

Ja rozumiem, ze blogerka jestes, ze z firma wspolpracujesz, i ze za pozytywne opinie firma ci placi (choc na prozno szukac etykiety "wpis sponsorowany" na 99,99% polskich blogow). A jesli nie placi, to dostalas darmoszke i masz za zadanie pisac o niej w samych superlatywach.
Ale przynajmniej postaraj sie podac informacje bardziej rzeczywiste i oparte na fizyce i badaniach naukowych (promieniowanie UV szkodzi) zamiast gorliwie przepisywac PRowski belkot, ktory ci firma mailowo podala.

Heh, ja ewidentnie nie nadaje sie na blogerke sponsorowana. Wszystkie zaintresowane firmy bardzo przepraszam.

Okej, skoro promieniowanie UV jest tak szkodliwe, to jak mamy sie przed nim chronic?
Wedlug polskich "ekspertow", poradnikow, blogerek i nawet samych firm kosmetycznych, mamy uzywac "kremow z filtrem".

Kremow z filtrem? Naprawde?
Takich jak, na przyklad, te ponizej?


Ooo, jaki bardzo ekskluzywny krem na dzien! Chcialabym! Z filtrem!

Albo ten:


Ten krem znam bardzo dobrze, bo sama go uzywalam. Badziewie jakich malo. Ale krem z filtrem jest.
Kwestia "od 40 roku zycia" zajme sie w innym wpisie, bo tez cisnienie mi skacze jak widze takie opisy.

Ale wrocmy do kremow z filtrem.
Tu jeszcze jeden.


To sa wlasnie kremy z filtrem.

Ich pierwszym zadaniem jest bycie kremem. Filtr w nich znajduje sie tylko i wylacznie po to, aby firma mogla dodac "chroni przed UV" do opisu produktu.
Oczywiscie tak niski SPF i w ilosciach w jakich nakladamy rano na twarz ten krem nie bedzie chronil nas przed zupelnie niczym.

I chyba nie o taki "krem z filtrem" owym ekspertom chodzilo.

Chodzilo im o "filtr w kremie".
Filtr w postaci kremu, w przeciwienstwie do filtra w postaci zelu, esencji, mleczka, sprayu czy pudru sypkiego. Filtr w postaci kremu, gdzie jego podstawowym zadaniem jest ochrona przed promieniowaniem UV.

Filtr w postaci kremu, czyli filtr w kremie:


Filtr w postaci zelu (w przeciwienstwie do filtru w kremie):



Filtr w postaci mleczka (w przeciwienstwie do filtru w kremie):


Przy okazji, wszystkie filtry z linii Raysela marki Noevir (pokazane powyzej) sa absolutnie genialne. Nie naleza do najtanszych, ale w swojej kategorii cenowej, tak jak filtr Evermere, stawiaja poprzeczke bardzo wysoko. Niestety Raysela w USA dostepna jest tylko w wersji SPF30.

Filtr w postaci wodnistej esencji (w przeciwienstwie do filtru w kremie):


Filtr w postaci mgielki w spray'u (w przeciwienstwie do filtru w kremie). Ta tutaj mgielka w spray'u ma ochrone SPF50 (a nie 6 jak ta tragedia produkowana przez Bandi):


Lub nawet filtr w postaci sypkiego pudru (w przeciwienstwie do filtru w kremie):


Tak wiec, drogie firmy, autorki poradnikow, blogerki i vlogerki, jesli zaczynacie mowic o ochronie przeciwslonecznej, to moze najpierw wypadaloby sie upewnic o co wam dokladnie chodzi. Bo bardzo mozliwe, ze mowicie nie o tym, co macie na mysli.

Stwierdzenie, ze "nalezy siegnac po krem z filtrem" tylko obnaza wasza nieznajomosc tematu na ktory usilujecie sie wypowiadac. Pokazuje, ze tak naprawde nie macie pojecia czym sa filtry i jakie jest ich zadanie i dzialanie.

Formulatorzy w firmach kosmetycznych oczywiscie wiedza, ale geniusze od siedmiu bolesci w ich dzialach PR juz ewidentnie nie.

Rynek filtrow rozwija sie w Polsce, i ogolnie w Europie, bardzo preznie. Jeszcze kilka sezonow i oferta filtrow dogoni Japonie pod wzgledem kosmetycznej elegancji. Moge miec tylko nadzieje, ze i polskie ekspertki urodowo-zdrowotno-kosmetyczne dogonia przecietne Japonki pod wzgledem znajomosci nomenklatury filtrowej, dzialania filtrow, i ogolnie na temat ochrony przed promieniowaniem UV.

Bo to co dla ciebie jest piekna opalenizna, w rzeczywistosci wyglada tak:




i tak:



Milego opalania!